„Zapach śmierci” – dlaczego amerykańscy Zieloni Berety odmówili dzielenia obozu z australijską SASR w DT w 1970 roku. NP
„Zapach śmierci” – dlaczego amerykańscy Zieloni Berety odmówili dzielenia obozu z australijską SASR w DT w 1970 roku
Byli amerykańską elitą, najlepszymi z najlepszych. Zielonymi Beretami, którzy przetrwali programy szkoleniowe, które załamały 90% kandydatów. Ludźmi, którzy bez mrugnięcia okiem spojrzeli śmierci w oczy w dżungli Wietnamu. A jednak w styczniu 1970 roku każdy z nich uciekał. Ani przed Wietkongiem, ani przed ogniem wroga, ani przed zasadzką, ani przed pułapką.
Uciekli przed własnymi sojusznikami. Czego byli świadkami ci zaprawieni w bojach amerykańscy wojownicy w australijskiej bazie w New Atat, że w ciągu 72 godzin poprosili o natychmiastowy transfer? Co to był za zapach, ten niezapomniany, pierwotny smród, który ich uderzył, zanim jeszcze zobaczyli obóz? I dlaczego Pentagon utajnił to, o czym informowali przez ponad cztery dekady? Dziś uchylamy rąbka tajemnicy i odkrywamy jedną z najbardziej niepokojących rywalizacji w historii sił specjalnych.
Historia, którą chciały pogrzebać na zawsze zarówno amerykańskie, jak i australijskie siły zbrojne. Historia o metodach tak skutecznych i tak kontrowersyjnych, że najlepsi amerykańscy żołnierze nie mogli znieść przebywania w jednym obozie z ludźmi, którzy je stosowali. Myślisz, że wiesz, do czego zdolni są elitarni żołnierze? Myślisz, że znasz najciemniejsze historie z Wietnamu? Tej nie znasz.
Australijczycy nazywali siebie SAS. Wietkong nazywał ich Maung, duchami dżungli. A kiedy dowiesz się, co zrobili, żeby zasłużyć na to miano, zrozumiesz, dlaczego Zielone Berety wybrały odwrót zamiast kolejnej nocy w Nui Dat. Zostań do końca, bo najbardziej szokującą częścią tej historii nie jest to, co zrobili Australijczycy.
To właśnie odkryli o sobie Amerykanie, gdy ich zobaczyli. Zacznijmy. Najpierw uderzył ich smród. Na długo zanim zobaczyli drut ogrodzeniowy australijskiej bazy w Nui Dot, na długo zanim dostrzegli milczących ludzi poruszających się po plantacji kauczuku, amerykańscy żołnierze zielonych beretów poczuli coś, co przyprawiło ich o mdłości.
Nie był to znajomy zapach zgnilizny dżungli ani mdła słodycz tropikalnej roślinności. To było coś o wiele bardziej pierwotnego, coś, co wskazywało na metody, których Pentagon nigdy oficjalnie nie przyzna. Trzy dni później wszyscy operatorzy amerykańskich sił specjalnych poprosili o natychmiastowy transfer. Żaden z nich nie wyjaśnił dlaczego w oficjalnych raportach, ale w prywatnych rozmowach, które miały pozostać utajnione przez ponad cztery dekady, opisali sceny, które podważały wszystko, co ich zdaniem wiedzieli o wojnie aliantów.
Ale zapach był tylko pierwszym ostrzeżeniem. To historia, którą wojsko po obu stronach Pacyfiku rozpaczliwie pragnęło zatuszować. To opowieść o tym, co się stało, gdy najlepsi amerykańscy żołnierze stanęli twarzą w twarz z operatorami, którzy porzucili wszelkie konwencjonalne zasady walki. I to jest prawda o tym, dlaczego Australijski Pułk Specjalnej Służby Lotniczej zyskał tak przerażającą reputację, że nawet ich sojusznicy odmówili współpracy z nimi.

Aby zrozumieć, z czym zetknęły się Zielone Berety w 1970 roku, trzeba najpierw zrozumieć, czym stał się australijski SAS na tym etapie wojny. Przybyli do Wietnamu w 1966 roku jako niewielki oddział specjalistów od rozpoznania. Do 1970 roku przekształcili się w jednostkę wymykającą się łatwej kategoryzacji. Analitycy Pentagonu, studiujący ich raporty operacyjne, później określili ich jednym słowem, które nie pojawiło się nigdzie w oficjalnej doktrynie wojskowej: drapieżniki.
A liczby dowiodły tego ponad wszelką wątpliwość. Same statystyki opowiadały historię, w którą amerykańscy dowódcy nie mogli uwierzyć. Australijskie dywizjony SAS operujące w prowincji Fuoktui osiągały wskaźniki zestrzeleń przewyższające wszystko, co kiedykolwiek udokumentowano w amerykańskich siłach specjalnych. Podczas gdy amerykańskie jednostki mierzyły sukces liczbą ofiar śmiertelnych, zgromadzoną dzięki ogromnej sile ognia i wsparciu śmigłowców, Australijczycy osiągali coś o wiele bardziej niepokojącego.
Eliminowali wrogich bojowników w tempie sugerującym zupełnie inne podejście do prowadzenia wojny. Historycy wojskowości obliczyli później, że pojedynczy australijski patrol SAS, składający się z pięciu żołnierzy, mógł spowodować więcej potwierdzonych strat wśród wrogów w ciągu dwutygodniowej operacji niż amerykańska kompania licząca 150 żołnierzy w ciągu miesiąca.
Pentagon zażądał wyjaśnień. Wysłał obserwatorów. Zażądał szczegółowych raportów po zakończeniu działań. Ale to, co odkryli, nigdy nie ukaże się w żadnej oficjalnej publikacji. Australijczycy nie toczyli tej samej wojny, co ich amerykańscy sojusznicy. Prowadzili coś o wiele starszego. Coś, czego korzenie sięgają starożytnych praktyk łowieckich, dostosowanych do najgroźniejszej zwierzyny, jaką można sobie wyobrazić.
Zielone Berety, które przybyły na Nui Dot w styczniu 1970 roku, miały się tego nauczyć w najbardziej dotkliwy sposób, jaki tylko było to możliwe. Wspólna operacja była planowana od miesięcy. Dowództwo Amerykańskich Sił Specjalnych uważało, że włączenie doradców Zielonych Beretów do australijskich patroli SAS ułatwi transfer wiedzy między jednostkami alianckimi.
Na papierze wydawało się to rozsądnym rozwiązaniem. Obie siły były elitarne. Obie przeszły gruntowne szkolenie w walce w dżungli. Obie działały w małych zespołach za liniami wroga. To, czego amerykańscy planiści nie zrozumieli, będzie ich drogo kosztować. Australijczycy opracowali metody, które istniały w zupełnie innym uniwersum operacyjnym.
Metody, które miały zmusić Zielone Berety do zakwestionowania nie tylko doktryny taktycznej, ale i fundamentalnej natury tego, na co się zobowiązały. Pierwszy szok nastąpił podczas odprawy wstępnej. Amerykańskie siły specjalne operowały szczegółowymi pakietami wywiadowczymi, zdjęciami satelitarnymi i rozbudowaną infrastrukturą wsparcia. Australijczycy operowali czymś zupełnie innym.
Dowódca patrolu, sierżant, którego nazwisko do dziś pozostaje tajne, rozłożył na stole ręcznie narysowaną mapę i zaczął opisywać operację w sposób, który wywołał u Amerykanów niepewne spojrzenia. Nie wspomniał o celach ani punktach ewakuacji. Mówił o terenach łowieckich. Nie wspomniał o pozycjach wroga ani fortyfikacjach.
Opisał wzorce zachowań ofiar. A kiedy przedstawił zasady działania patrolu, Zielone Berety zdały sobie sprawę, że wkroczyły na terytorium, do którego ich szkolenie nigdy nie przygotowało. Ale ta odprawa była zaledwie przedsmakiem tego, co czekało ich za drutem kolczastym. Patrol wyruszył z Nui Dot o godzinie 3:00 w bezksiężycową noc.
Australijczycy poruszali się w ciszy, którą Amerykanie uznali za autentycznie niepokojącą. Byli to Zielone Berety, żołnierze, którzy ukończyli jedne z najbardziej rygorystycznych programów szkoleniowych w armii Stanów Zjednoczonych. Szczycili się swoją wiedzą w terenie. Jednak w ciągu pierwszej godziny australijski dowódca patrolu trzykrotnie zasygnalizował im, aby zmniejszyli sygnaturę hałasu.
O świcie Amerykanie zrozumieli, dlaczego Australijczycy nalegali na tak ekstremalną dyscyplinę dźwiękową. Nie przemieszczali się przez dżunglę. Stawali się jej częścią. Australijczycy nie tyle szli, co płynnie przechodzili przez roślinność, przybierając pozy i ruchy, które wydawały się niemal nieludzkie. Jeden z Zielonych Beretów opisał to później jako obserwowanie ludzi, którzy jakimś sposobem nauczyli się myśleć jak sama dżungla.
Patrol trwał trzy dni, nie wypowiadając ani jednego słowa, nawet szeptem. Australijczycy porozumiewali się za pomocą sygnałów ręcznych tak subtelnych, że Amerykanie często ich nie słyszeli. Spożywali zimne racje żywnościowe, specjalnie przygotowane w celu wyeliminowania wszelkich zapachów, które mogłyby zaalarmować wrogich tropicieli. Nie rozpalali ognisk. Nie palili.
Wydawało się, że ledwo oddychają. Ale cisza była jedynie przygotowaniem do tego, co nastąpiło. Czwartego dnia Amerykanie byli świadkami czegoś, co miało ich prześladować do końca życia. Australijski szpicel zamarł w miejscu, z jedną ręką uniesioną w geście, który dowódca patrolu natychmiast zrozumiał. Ruch wroga. Blisko.
Bardzo blisko. Australijczycy wtopili się w roślinność z szybkością i koordynacją, które sprawiły, że Zielone Berety miały problem z nadążeniem. W ciągu kilku sekund pięciu mężczyzn stało się niewidzialnych. To, co nastąpiło, nie było strzelaniną. Nie była to zasadzka w żadnym konwencjonalnym sensie. To było coś, czego Amerykanie nie potrafili pojąć.
Patrol wroga składał się z 12 bojowników Wietkongu, którzy przemieszczali się wąskim szlakiem w dżungli. Byli doświadczeni. Byli czujni. Przetrwali lata wojny z najbardziej zaawansowaną technologicznie siłą militarną na świecie. Nic z tego ich nie uratuje. Australijczycy nie otworzyli ognia.
Nie wezwali wsparcia artyleryjskiego ani śmigłowców szturmowych. Zamiast tego czekali. Czekali, aż patrol wroga przejdzie bezpośrednio przez ich pozycję. Czekali, aż ostatni myśliwiec Wietkongu znajdzie się poza zasięgiem wzroku. A potem zrobili coś, co sprawiło, że Zielone Berety zakwestionowały wszystko, co ich zdaniem wiedziały o operacjach specjalnych. Poszli za nimi.
Przez następne sześć godzin australijski patrol śledził wrogą jednostkę w jednym z najtrudniejszych terenów Wietnamu. Z każdą godziną zbliżali się coraz bardziej. O zmroku byli tak blisko, że Amerykanie słyszeli pojedynczych żołnierzy wroga rozmawiających cicho po wietnamsku. Zielone Berety spodziewały się ataku w każdej chwili. Myliły się.
Australijczycy czekali, aż wróg rozbije obóz. Czekali wieki, aż zostaną rozlokowani. Czekali, aż główne siły zasną. A potem jeden po drugim ruszyli do przodu. To nie była wojna w rozumieniu Amerykanów. To było coś o wiele bardziej starożytnego, coś, co należało do innej epoki ludzkich konfliktów.
Do rana siedmiu wrogich bojowników zniknęło z pola widzenia, nie oddając ani jednego strzału. Pozostałych pięciu uciekło w dżunglę, a ich krzyki rozbrzmiewały echem w przedświtowej ciemności, gdy odkryli, co stało się z ich towarzyszami w nocy. Psychologiczny wpływ tego wydarzenia na ocalałych był nieobliczalny.
Ale prawdziwy horror dopiero się zaczynał. Ci ocaleni mieli rozsiewać opowieści w każdej jednostce Wietkongu w prowincji. Historie o Maungach, duchach dżungli. Historie, które sprawiłyby, że zaprawieni w bojach bojownicy odmówiliby patrolowania pewnych obszarów. Historie, które miały przynieść więcej niż tysiąc amerykańskich nalotów.
Ale to, co Australijczycy zrobili później, ostatecznie złamało Zielone Berety. Dowódca patrolu dał serię niezrozumiałych dla Amerykanów sygnałów ręcznych. Pozostali Australijczycy skinęli głowami i zaczęli przedzierać się przez obóz wroga z celowością sugerującą dobrze wyćwiczoną rutynę. To, co nastąpiło, było pokazem, który pogwałcił wszystkie zasady konwencjonalnej sztuki wojennej, których nauczyli się Amerykanie.
Ciała ułożono w określonych pozycjach. Przedmioty wyjmowano i układano w konfiguracjach, które niosły ze sobą znaczenia niezrozumiałe dla Amerykanów. Pozostawiona scena nie miała na celu militarnego oddziaływania, lecz psychologicznego. Była przesłaniem, ostrzeżeniem, deklaracją, która miała siać postrach w każdej wrogiej jednostce, która ją odkryła.
Jeden z Zielonych Beretów zwymiotował. Inny po prostu usiadł i wpatrywał się w nicość. Dowódca patrolu spojrzał na nich z miną, która nie była wroga, ale też pozbawiona współczucia. To była wojna, tak jak ją prowadzili Australijczycy. To była metoda, która pozwoliła osiągnąć te niewiarygodne wskaźniki zabójstw i dlatego Pentagon nigdy oficjalnie nie przyznał się do tego, czego się dowiedział.
Patrol powrócił do Nui Dot 4 dni później. Zielone Berety nie powiedziały ani słowa podczas odprawy. Złożyły skąpe raporty, które nie zawierały praktycznie żadnych przydatnych informacji wywiadowczych. W ciągu 72 godzin każdy amerykański operator poprosił o natychmiastowe przeniesienie do innej jednostki. Oficjalnym wyjaśnieniem była niezgodność kulturowa.
Prawda była o wiele bardziej niepokojąca. Ale historia tego, czego byli świadkami Zielone Berety, stanowiła zaledwie jeden rozdział w znacznie obszerniejszej narracji. Australijczycy, którzy służyli w Wietnamie, nie byli typowymi żołnierzami pod żadnym względem. Wielu z nich pochodziło z rodzin, które przygotowały ich do życia w dżungli w sposób, którego nie dało się odtworzyć żadnym formalnym szkoleniem.
Hodowcy owiec z rozległego australijskiego interioru przywieźli ze sobą umiejętności tropienia i cierpliwość, które zadziwiały ich amerykańskich odpowiedników. Żołnierze Aborygenów wnieśli wiedzę sięgającą tysięcy lat wstecz. Mężczyźni, którzy dorastali polując na kangury w bezkresnych pustkowiach, odkryli, że wietnamska dżungla, choć pod wieloma względami inna, podlegała tym samym fundamentalnym zasadom.
Australijskie wojsko podjęło decyzję, która okazała się druzgocąca dla wroga. Zamiast rotacyjnie rotować poszczególnym żołnierzom w Wietnamie na 12-miesięcznych misjach, jak robili to Amerykanie, Australijczycy rotacyjnie obsadzali całe dywizjony. Oznaczało to, że drużyny, które trenowały razem przez lata, walczyły razem w boju.
Poziom koordynacji, jaki to zapewniało, był czymś, czego amerykańskie jednostki rzadko mogły dorównać. Pięcioosobowy australijski patrol SAS, który współpracował przez 3 lata, wypracował niemal telepatyczne zrozumienie swoich ruchów i zamiarów. Potrafili przekazywać sobie całe koncepcje taktyczne jednym spojrzeniem. Potrafili przewidywać wzajemne reakcje w sytuacjach bojowych z niesamowitą dokładnością.

Jednak sama spójność jednostki nie wyjaśniała skuteczności Australijczyków. Tym, co naprawdę ich wyróżniało, była gotowość do stosowania metod, które siły amerykańskie uważały za niepraktyczne lub niedopuszczalne. Standardowy australijski patrol SAS działał w oparciu o zasadę, którą amerykańscy dowódcy uznali za niemal niezrozumiałą.
Absolutnie minimalny zasięg. Podczas gdy amerykańskie siły specjalne co kilka dni wzywały helikoptery z zaopatrzeniem, australijskie patrole niosły ze sobą wszystko, czego potrzebowały do operacji trwających do 3 tygodni. Podczas gdy Amerykanie polegali na wsparciu lotniczym i artylerii, aby rozwiązywać problemy taktyczne, Australijczycy uznali każde wezwanie wsparcia zewnętrznego za porażkę w terenie.
Wyniki przeczyły wszelkim przewidywaniom amerykańskiej doktryny. Filozofia ta doprowadziła do powstania patroli, które mogły pozostać niewykryte na terytorium wroga przez okresy, które wydawały się fizycznie niemożliwe. Jednostki amerykańskie szacowały, że maksymalny czas trwania patrolu bez zaopatrzenia wynosił około 7 dni. Australijski SAS rutynowo przeprowadzał operacje trwające od 14 do 21 dni bez jakiegokolwiek wsparcia zewnętrznego.
Straty fizyczne były ogromne. Patrolowcy często wracali do bazy po utracie 15–20% masy ciała. Choroby i infekcje dżungli były stałym towarzyszem. Psychologiczne obciążenie związane z przebywaniem na wrogim terytorium przez wiele tygodni, zachowaniem absolutnej ciszy i ciągłym oczekiwaniem na kontakt z wrogiem, doprowadzało ludzi do granic wytrzymałości.
Ale wróg zapłacił o wiele wyższą cenę. Australijskie patrole zdobyły dogłębną wiedzę o swoich obszarach operacyjnych, której nie zapewniłby żaden zwiad powietrzny. Poznawały rytmy ruchów wroga, lokalizację ukrytych szlaków, subtelne znaki wskazujące na pobliskie obozowiska. Stali się, jak to ujął jeden z dowódców Wietkonga schwytanych później w trakcie wojny, duchami, które znały dżunglę lepiej niż ona sama.
I to prowadzi nas do prawdopodobnie najbardziej kontrowersyjnego aspektu australijskich operacji w Wietnamie. Australijski SAS dogłębnie przestudiował historię działań wojennych w dżungli. Rozumieli, że w warunkach, w których wróg miał przewagę własnego terenu, gdzie każdy mieszkaniec wioski mógł być informatorem i gdzie konwencjonalna przewaga militarna nic nie znaczy, wojna psychologiczna nie była opcjonalnym dodatkiem do operacji.
To było fundamentalne. Opracowane przez nich techniki czerpały ze źródeł sięgających od brytyjskich kampanii kolonialnych w Malajach, przez tradycje łowieckie Aborygenów, po teorię operacji psychologicznych, która w zachodnich kręgach wojskowych wciąż była uznawana za eksperymentalną. To, co się wyłoniło, przeraziło cały region. Podejście do prowadzenia wojny, które udoskonalili Australijczycy, stawiało strach wroga ponad jego zniszczenie.
To było kluczowe rozróżnienie, którego siły amerykańskie nigdy w pełni nie zrozumiały. Doktryna wojskowa USA kładła nacisk na liczbę ofiar. Im więcej wrogich żołnierzy wyeliminowano, głosiła teoria, tym bliżej było do zwycięstwa. Doktryna australijska kładła nacisk na coś innego: dominację psychologiczną. Przerażony wróg był cenniejszy niż martwy, ponieważ przerażony wróg zarażał tym strachem innych.
Konsekwencje tej filozofii były głębokie i niepokojące. Kiedy australijski patrol eliminował wrogich bojowników, ciała nie były po prostu pozostawiane tam, gdzie padły. Były układane w sposób mający na celu wywołanie maksymalnego oddziaływania psychologicznego. Czasami oznaczało to ustawienie sugerujące, że bojownicy zostali całkowicie zaskoczeni.
Czasami oznaczało to usunięcie przedmiotów o znaczeniu kulturowym lub duchowym. Czasami oznaczało to pozostawienie znaków, które miały wskazać innym jednostkom Wietkongu, kto dokładnie tam był. Australijczycy zyskali tak straszliwą reputację, że dowódcy Wietkongu zaczęli wydawać szczegółowe rozkazy dotyczące postępowania w przypadku napotkania znaków Maung. Instrukcje były proste.
Natychmiast się wycofaj i zgłoś obserwację. Nie atakuj. Nie ścigaj. Nie pozostań w tym rejonie. Ten strach miał konkretne znaczenie taktyczne, które amerykańscy dowódcy mogli zmierzyć, ale nie odtworzyć. Jednostki wroga, które podejrzewały, że w ich rejonie działają patrole australijskie, stały się mniej agresywne, bardziej podatne na błędy i częściej unikały tras i pozycji, które mogłyby doprowadzić do kontaktu.
Ta broń psychologiczna wielokrotnie zwielokrotniła skuteczność każdego australijskiego żołnierza. Jednak metody, które wywołały ten strach, nie były tymi, które amerykańskie dowództwo wojskowe mogło oficjalnie uznać lub poprzeć. Incydent z 1970 roku, który zmusił Zielone Berety do opuszczenia Nuidat, nie był odosobnionym wydarzeniem. W trakcie wojny amerykańskie siły specjalne, które działały ramię w ramię z australijskim SAS, powracały z podobnymi historiami.
Historie metod, które przyniosły rezultaty, ale naruszały zasady uznawane przez siły amerykańskie za niewykonalne. Jeden z sierżantów sił specjalnych, który odbył trzy tury w Wietnamie i brał udział we wspólnych operacjach z jednostkami amerykańskimi i australijskimi, później złożył zeznania, które uchwyciły zasadniczą różnicę między tymi dwoma podejściami.
Jego słowa rozbrzmiewały echem przez dekady historii operacji specjalnych. Amerykanie, zauważył, walczyli, by wygrać wojnę. Australijczycy walczyli, by stać się tym, czego wróg obawiał się najbardziej. To rozróżnienie może wydawać się abstrakcyjne, ale jego praktyczne implikacje były ogromne. Amerykańskie operacje były projektowane wokół celów. Weźmy to wzgórze.
Oczyścić tę wioskę. Przeciąć ten szlak zaopatrzeniowy. Sukces mierzono w oparciu o te cele. Operacje australijskie były projektowane wokół obecności. Ustanowić absolutną dominację psychologiczną nad określonym terytorium. Sukces mierzono zmianą zachowania wroga. Statystyki ponad wszelką wątpliwość potwierdzały to podejście.
Prowincja Fuakt Thai, gdzie siły australijskie ponosiły główną odpowiedzialność, doświadczyła drastycznego spadku aktywności wroga w porównaniu z sąsiednimi obszarami kontrolowanymi przez Amerykanów. Rekrutacja do Wietkongu w prowincji znacznie spadła. Miejscowi mieszkańcy wsi, którzy wcześniej wspierali wroga, zaczęli dostarczać informacje wywiadowcze siłom australijskim.
Amerykańscy dowódcy przypisywali te wyniki różnym czynnikom: lepszej kontroli populacji, skuteczniejszym programom pacyfikacyjnym i prostszemu środowisku taktycznemu. Nie mogli jednak oficjalnie przyznać się do niewygodnej prawdy. Australijskie metody wywoływały u wroga poziom strachu, do którego amerykańskie operacje nigdy nie doszły.
Sukces miał jednak swoją cenę, która miała się w pełni ujawnić dopiero dekady po zakończeniu wojny. Mężczyźni, którzy służyli w australijskich eskadrach SAS w Wietnamie, zmienili się pod wpływem swoich doświadczeń w sposób, jakiego nie przyniosła konwencjonalna wojna. Nie walczyli po prostu z wrogiem. Stali się kimś innym, kimś, kogo powrót do życia cywilnego nie był łatwy.
Stres pourazowy wśród australijskich weteranów wojny w Wietnamie okazał się ostatecznie proporcjonalnie wyższy niż wśród amerykańskich weteranów. Intymny, osobisty charakter australijskich operacji stworzył obciążenia psychologiczne, których amerykańska wojna na skalę przemysłową, pomimo swojej grozy, nie narzucała. Mężczyźni, którzy spędzili tygodnie żyjąc jak drapieżnicy, którzy eliminowali wrogów z odległości mierzonej w stopach, a nie setkach metrów, którzy stosowali techniki wojny psychologicznej mające na celu wywołanie maksymalnego przerażenia, nosili w sobie te
doświadczenia w sposób, w jaki ich amerykańscy odpowiednicy często nie mieli takich doświadczeń. Rywalizacja między siłami amerykańskimi i australijskimi odzwierciedlała coś znacznie głębszego niż rywalizacja zawodowa. Reprezentowała fundamentalnie odmienne filozofie dotyczące tego, czym jest wojna i jak należy ją prowadzić. Amerykańska doktryna wojskowa ewoluowała w wyniku doświadczeń II wojny światowej, gdzie decydujące okazały się potencjał przemysłowy i przytłaczająca siła.
Wojsko amerykańskie wierzyło w siłę ognia, technologię i wyniszczenie. Australijska doktryna wojskowa wyewoluowała z zupełnie innych doświadczeń. Brytyjskie kampanie na Malajach w latach 50. XX wieku pokazały, że konwencjonalna przewaga nic nie znaczy w starciu z rebelianckim wrogiem kontrolującym ludność. Australijczycy przekonali się, że małe, wysoko wykwalifikowane jednostki, stosujące niekonwencjonalne metody, mogą osiągnąć rezultaty, których nie byłyby w stanie osiągnąć potężne siły konwencjonalne.
Te filozofie wielokrotnie ścierały się podczas wojny w Wietnamie, ale nigdzie nie było to tak dramatyczne jak w interakcjach między amerykańskimi i australijskimi siłami specjalnymi. Starcie w Nuidot było nieuniknione. Zielone Berety, które uciekły z tej bazy w 1970 roku, nie były tchórzami. Byli elitarnymi żołnierzami, którzy zgłosili się na ochotnika do jednych z najniebezpieczniejszych zadań, jakie mogła im zaoferować armia amerykańska.
Ukończyli programy szkoleniowe, które wyeliminowały zdecydowaną większość kandydatów. Sprawdzili się w sytuacjach bojowych, które złamałyby zwykłych ludzi. Ale zostali przeszkoleni w zakresie specyficznego rozumienia sztuki wojennej. Wiedzieli, jak poruszać się po wrogim terenie, jak przetrwać za liniami wroga, jak koordynować złożone operacje pod ostrzałem.
Nie byli przygotowani na spotkanie z sojusznikami, którzy grali według zupełnie innych zasad. Australijski dowódca patrolu, który dowodził tą wspólną operacją w 1970 roku, nie był potworem. Był zawodowym żołnierzem, który robił to, czego nauczyło go szkolenie i doświadczenie, i robił to skutecznie. Metody, które tak zaniepokoiły Amerykanów, nie były innowacjami ani aberracjami.
Stanowiły one standardową australijską doktrynę SAS, opracowaną w wyniku wnikliwych badań i udoskonaloną dzięki doświadczeniom operacyjnym. Rozdźwięk między amerykańskimi oczekiwaniami a australijską rzeczywistością był tak głęboki, że żadne szkolenie przed wyjazdem nie mogło go zniwelować. Zielone Berety przybyły z nadzieją, że znajdą żołnierzy podobnych do siebie.
Elitarni operatorzy wykorzystujący zaawansowane techniki do osiągania konwencjonalnych celów wojskowych. Odkryli coś, co istniało całkowicie poza ich ramami koncepcyjnymi. Ta luka w zrozumieniu miała mieć konsekwencje wykraczające daleko poza ten pojedynczy patrol. Amerykański establishment wojskowy zareagował na sukces Australii w przewidywalny sposób.
Przyznali, że Australijczycy osiągnęli imponujące rezultaty. Przestudiowali australijskie techniki i utajnione raporty, które miały pozostać utajnione przez dziesięciolecia. Ostatecznie doszli do wniosku, że australijskich metod nie da się przenieść do sił amerykańskich. Oficjalne uzasadnienie było praktyczne. Amerykańskie jednostki były zbyt liczne, amerykańskie operacje zbyt złożone, a amerykańska doktryna zbyt ugruntowana, by uwzględnić australijskie podejście.
Nieoficjalne uzasadnienie było czymś, czego żaden generał nigdy nie przyznałby publicznie. Australijskie metody przekraczały granice, których amerykańskie siły oficjalnie nie mogły przekroczyć. Ta determinacja miała konsekwencje, które rozciągały się na resztę wojny w Wietnamie i później. Amerykańskie siły specjalne kontynuowały rozwój doktryny, która kładła nacisk na technologię i siłę ognia, a nie na intymne, skoncentrowane na psychologii podejście, które Australijczycy doprowadzili do perfekcji.
Lekcje, które można było wyciągnąć, zostały utajnione i zapomniane. Historycy wojskowości później argumentowali, że decyzja ta stanowiła jedną z największych straconych szans ery wietnamskiej. Techniki opracowane przez australijski SAS nie były po prostu brutalne. Były skuteczne w sposób, którego amerykańskie metody nigdy nie osiągnęły.
Pięcioosobowymi patrolami osiągnęli to, czego amerykańskie operacje wymagały od batalionów. Jednak sama skuteczność nie była w stanie pokonać oporu instytucjonalnego. Historia Zielonych Beretów pod Nui Dat powtarzała się w różnych formach przez całą wojnę. Amerykańscy oficerowie, którzy byli świadkami australijskich operacji, wrócili z raportami, które były jednocześnie pod wrażeniem i zaniepokojeniem.
Pentagon zebrał te raporty, przeanalizował je, sklasyfikował i ostatecznie doszedł do wniosku, że polityczne koszty oficjalnego przyjęcia australijskich metod przeważają nad korzyściami taktycznymi. Decyzja ta ukształtowała doktrynę amerykańskich sił specjalnych na kolejne dekady. Wojsko amerykańskie będzie nadal rozwijać coraz bardziej zaawansowane technologie, coraz potężniejsze systemy uzbrojenia i coraz bardziej złożoną infrastrukturę wsparcia.
Nie rozwinęli cierpliwego, drapieżnego, skoncentrowanego na psychologii podejścia, które zapewniło australijskiemu SAS tak druzgocącą skuteczność. Czy była to słuszna decyzja, pozostaje przedmiotem debaty wśród historyków wojskowości do dziś. Nie podlega dyskusji fakt, że australijskie doświadczenia w Wietnamie stanowiły fundamentalnie odmienne podejście do operacji specjalnych.
Taki, który przyniósł rezultaty, jakich amerykańskie siły nigdy nie osiągnęły. A w centrum tej historii stoi incydent na Nui Dot w 1970 roku, kiedy najlepsi amerykańscy żołnierze napotkali coś, czego nie potrafili zrozumieć. Wybrali odwrót, zamiast stawić czoła konsekwencjom. Zapach, który powitał zielone berety zbliżające się do australijskiej bazy, nie był po prostu wonią dżungli ani pozostałościami po działaniach wojennych.
To był zapach innej wojny, takiej, która toczyła się według zasad, których nigdy ich nie nauczono, i stosowała metody, których nie mogli zaakceptować. W ciągu dekad od zakończenia wojny weterani z obu krajów od czasu do czasu dzielili się wspomnieniami ze wspólnych operacji. Historie, które się pojawiają, konsekwentnie nawiązują do wydarzeń z 1970 roku.
Głęboki szacunek zawodowy połączony z głębokim osobistym dyskomfortem. Uznanie australijskiej skuteczności, a jednocześnie niezdolność do przyjęcia ich metod. Świadomość, że coś ważnego jest obserwowane, ale nie jesteśmy w stanie tego w pełni zrozumieć. Australijscy weterani SAS, ze swojej strony, generalnie zachowywali milczenie, które charakteryzowało ich działania wojenne.
Niewielu wypowiadało się publicznie na temat konkretnych technik, które stosowali. Jeszcze mniej odniosło się do kontrowersji wokół ich metod. Oficjalna historia pułku opisuje operacje w sposób ogólny, który niewiele mówi o aspektach wojny psychologicznej, które tak niepokoiły amerykańskich obserwatorów. To milczenie pozwoliło na szerzenie się mitów i plotek przez dekady.
Historie o australijskim SAS w Wietnamie ewoluowały w miarę ich opowiadania. Niektóre stawały się bardziej ekstremalne niż rzeczywistość. Inne nie oddawały, jak bardzo odmienne były w rzeczywistości operacje australijskie. Prawda, jak to często bywa w przypadku tajnych dokumentów historycznych, pozostaje częściowo niejasna do dziś. Z całą pewnością można stwierdzić, że australijski SAS osiągnął udokumentowane rezultaty, których nie dorównała żadna inna jednostka aliancka w Wietnamie.
Ich wskaźniki zabójstw nie były mitami, lecz sprawdzonymi statystykami, które analitycy Pentagonu latami próbowali wyjaśnić. Ich psychologiczny wpływ na siły wroga nie był propagandą, lecz operacyjną rzeczywistością, która zmieniła zachowanie Wietkongów w całym rejonie działań. Koszt tych osiągnięć, zarówno dla Australijczyków, którzy ich dokonali, jak i dla amerykańskich sojuszników, którzy byli ich świadkami, pozostaje kwestią, z którą żaden z krajów nie do końca się zmierzył.
Zielone Berety, które uciekły z Newat w 1970 roku, nie uciekały przed niebezpieczeństwem. Stawiały czoła niebezpieczeństwom przez całą swoją karierę i nigdy nie drgnęły. Uciekały przed konfrontacją z formą wojny, która podważała ich rozumienie tego, kim są żołnierze i co robią.
W tej odpowiedzi byli być może bardziej uczciwi niż siły zbrojne, które ich tam wysłały. Rozumieli to, czego generałowie nie chcieli przyznać. Rozumieli, że to, czego byli świadkami, niełatwo wkomponować w amerykańską kulturę wojskową. Rozumieli, że australijski sposób prowadzenia wojny, jakkolwiek skuteczny, stanowił drogę, której amerykańskie siły zbrojne nie były gotowe podążać.
Ich odwrót nie był brakiem odwagi. Był przyznaniem, że niektórym prawdom łatwiej jest uciec niż stawić im czoła. A zapach, który ich wygnał, miał pozostać w ich pamięci przez dziesięciolecia. Ten pierwotny smród, który zwiastował australijskie metody, zanim jeszcze padły jakiekolwiek słowa. To był zapach skuteczności nieskrępowanej konwencjonalnymi ograniczeniami.
To był zapach wojny psychologicznej doprowadzonej do logicznego końca. To był zapach tego, co się dzieje, gdy elitarni żołnierze otrzymują pozwolenie, by stać się kimś więcej niż żołnierzami. To był zapach, który wydziela zwycięstwo, gdy zwycięstwo liczy się bardziej niż sposób, w jaki się je wygrywa. Australijski SAS opuścił Wietnam w 1971 roku.
Ich misja została technicznie ukończona, a ich metody oficjalnie niezbadane. Wrócili do kraju, który, podobnie jak Ameryka, czuł się coraz bardziej nieswojo z wojną, w której brali udział. Mieli przy sobie doświadczenia, których przetworzenie zajęłoby dekady, i wspomnienia, którymi wielu nigdy się nie podzieli. Ale legenda, którą stworzyli, przetrwała ich wszystkich.
W kręgach sił specjalnych na całym świecie reputacja australijskiego SAS w Wietnamie stała się niemal mitem. Opowiadano i powtarzano historie o patrolach, które działały przez niemożliwy czas, o metodach, które osiągały niemożliwe rezultaty, o wojownikach, którzy stali się kimś, kogo konwencjonalna terminologia wojskowa nie potrafiła adekwatnie opisać.
Amerykanie, którzy byli naocznymi świadkami tych operacji, rzadko mówili publicznie o tym, co widzieli. Niektórzy przetwarzali swoje doświadczenia poprzez terapię psychologiczną. Inni po prostu chowali je razem z innymi wspomnieniami z czasów wojny, zbyt trudnymi do zbadania. Nieliczni, już pod koniec życia, zaczęli dzielić się fragmentami tego, czego byli świadkami.
Ich relacje, pojawiające się we wspomnieniach i relacjach ustnych, w końcu zaczęły wypełniać tajne luki. To, co wyłania się z tych relacji, to nie tylko opowieść o australijskim okrucieństwie czy amerykańskiej przewrażliwieniu. To o wiele bardziej złożona historia dwóch kultur wojskowych, które stawiają czoła wyzwaniu, na które żadna z nich nie była w pełni przygotowana, i reagują zgodnie ze swoimi najgłębszymi wartościami instytucjonalnymi.
Amerykanie wnieśli technologię, siłę ognia i przewagę liczebną. Wierzyli, że te przewagi, które okazały się decydujące w każdym poprzednim konflikcie, ostatecznie zmiażdżą wroga. Mylili się w kwestiach, które idealnie wpisywały się w ich tradycję wojskową. Australijczycy wnieśli cierpliwość, doświadczenie w terenie i psychologiczną intuicję.
Wierzyli, że zrozumienie i wykorzystanie lęków wroga okaże się skuteczniejsze niż samo niszczenie jego ciał. Mieli rację w kwestiach, których ich sojusznicy nie mogli zaakceptować. Starcie pod Nuidat w 1970 roku uwypukliło te różnice w jednym niezapomnianym momencie. Kiedy amerykańskie siły specjalne spotkały się z australijskimi siłami specjalnymi w terenie, różnica między ich podejściami stała się nie do zignorowania.
Zielone Berety dostrzegły w australijskich metodach coś, czego nie mogły zaakceptować, i podjęły jedyną decyzję, na jaką pozwalało ich szkolenie. Odeszły. Ich odejście niczego nie rozwiązało i niczego nie dowiodło. Wojna trwała. Metody przetrwały. Rezultaty się kumulowały. Ale ta chwila rozpoznania, ta chwila, w której elitarni amerykańscy żołnierze skonfrontowali się z konsekwencjami australijskiej skuteczności i zdecydowali się na odwrót, stanowi coś ważnego w historii operacji specjalnych.
Reprezentuje uznanie, że skuteczność i akceptowalność to nie to samo. Reprezentuje uznanie, że sojusznicy walczący w tej samej wojnie mogą prowadzić zupełnie inne wojny. I reprezentuje niewygodną prawdę, że czasami najbardziej niepokojącą rzeczą, z jaką może spotkać się żołnierz, nie jest wróg, ale sojusznik, który znalazł inną odpowiedź na to samo pytanie.
Zapach tej odpowiedzi unosił się nad Newi Dot w 1970 roku. Odstraszył ludzi, którzy nigdy nie cofnęli się przed żadnym wrogiem. I pozostał w zapisach historycznych jako dowód rywalizacji, metodologii i tajemnicy, której upływ dziesięcioleci wciąż nie do końca rozwiązał. To jest historia, której oficjalne historie nie opowiadają.
To prawda, że obie armie wolały pozostawić to w tajemnicy. I to jest dziedzictwo, które wciąż prowokuje pytania o to, czym są siły specjalne, co robią i czym powinno się im pozwolić stać się w dążeniu do zwycięstwa. Zielone Berety, które uciekły z Newat, znały odpowiedzi na te pytania. Po prostu nie mogły z nimi żyć.
I to jest chyba najszczersza odpowiedź, jaką ktokolwiek kiedykolwiek otrzymał na pytanie, czym stał się australijski SAS w dżungli Wietnamu. Wojna się skończyła. Weterani powrócili. Tajne akta pokryły się kurzem w archiwach Pentagonu. Ale historia trwała, przekazywana z pokolenia na pokolenie operatorów sił specjalnych, rozwijając się i zmieniając z każdym kolejnym opowiadaniem, ale zawsze powracająca do tego samego, zasadniczego pytania.
Kim jesteś gotów się stać, aby wygrać? Australijczycy mieli jedną odpowiedź. Amerykanie inną. A pomiędzy tymi odpowiedziami kryje się historia, z którą żaden z narodów nie zmierzył się do końca. Ta historia zaczyna się od zapachu. Zapachu, który zapowiadał, zanim zdążyły to zrobić jakiekolwiek słowa czy czyny. Że dzieje się tu coś innego.
Coś, co działało poza normalnymi granicami. Coś, co osiągało rezultaty metodami, których nie dało się oficjalnie uznać. Zapach skuteczności. Zapach metod. Zapach tego, co się dzieje, gdy wojownicy stają się myśliwymi. Zapach, który sprawił, że najlepsi w Ameryce
Uwaga: Część treści została stworzona przy wsparciu AI (AI & ChatGPT) i następnie została twórczo opracowana przez autora, aby lepiej odpowiadała kontekstowi oraz ilustracjom historycznym. Życzę Ci fascynującej podróży odkrywczej!




