Ten strzelec B-17 spadł z wysokości 4 mil bez spadochronu i nadal strzelał do niemieckich myśliwców. NP
Ten strzelec B-17 spadł z wysokości 4 mil bez spadochronu i nadal strzelał do niemieckich myśliwców
O godzinie 11:47 29 listopada 1943 roku sierżant sztabowy Eugene Moran kucał w ogonie B17F Ricky Tickabi, gdy niemiecki Flack przebijał kadłub 6000 metrów nad Bremą. Dziewiętnastoletni tylny strzelec wykonywał swój piąty lot w 96. Grupie Bombowej Ósmej Armii Powietrznej. Osiem z dziewięciu członków załogi już nie żyło.
Misja rozpoczęła się 4 godziny wcześniej w bazie RAF Snetterton Heath w Anglii. Tego ranka wystartowało 346 latających fortec B7, kierując się ku przemysłowym celom Bremy. Baterie przeciwlotnicze Bremy zniszczyły 64 bombowce w poprzednim miesiącu. Dywizjon Moran stracił 11 tylnych strzelców od września. Formacja przeleciała nad wybrzeżem Niemiec na wysokości 23 000 stóp (ok. 7000 m).
Moran skanował niebo przez dwa karabiny maszynowe Browning kalibru 50. Pozycja ogonowa zapewniała najszerszy widok, ale oznaczała też, że był sam. Nikt nie mógł dosięgnąć go przez wąską przestrzeń pod podłogą. Jeśli coś pójdzie nie tak, będzie musiał stawić czoła temu sam. Niemieckie myśliwce najpierw uderzyły w formację. Messor Schmidt BF 109 zaatakowały z góry, strzelając z działek 20 mm.
Moran śledził myśliwiec zbliżający się od 6:00 i nacisnął spusty. Rozległ się ryk karabinów maszynowych. Zużyte mosiężne łuski brzęczały pod jego butami. Messormid odtoczył się, zostawiając za sobą smugę dymu. Wtedy rozpoczęła się akcja artyleryjska. Czarne serie eksplodowały w formacji. Każda seria rozrzucała odłamki szrapnela z prędkością 900 metrów na sekundę.
Moran poczuł wstrząsy samolotu. Interkom ucichł. Przez okno Moran obserwował, jak Ricky Tickavi wycofuje się z formacji. Niemieckie myśliwce nadleciały. Kolejne pociski z armat roztrzaskały kadłub. Moran odpowiedział ogniem, ale myśliwce nadlatywały ze wszystkich stron. Potężna eksplozja wstrząsnęła samolotem. Część nosowa zniknęła w płomieniach.
Bombardier, nawigator, pilot, drugi pilot i mechanik pokładowy zginęli. Trzech kolejnych członków załogi w części biodrowej zginęło, gdy kolejny pocisk przebił komorę radiową. Przeżyli tylko Moren i nawigator. Nawigator wyskoczył ze spadochronem. Moran był sam. Chwycił spadochron. Był postrzępiony.

Jedwabna osłona kabiny była podziurawiona dziurami po kulach. Pasy uprzęży były rozerwane. Nie dało się jej otworzyć. Nie miał wyjścia. Potem nastąpiło uderzenie, które wszystko zmieniło. Bezpośrednie uderzenie lnem przecięło ogon. Eksplozja była ogłuszająca. Cały ogon oderwał się od kadłuba. Moran poczuł nagłe szarpnięcie, gdy grawitacja przejęła kontrolę.
Spadał, wciąż wewnątrz sekcji ogonowej, 6000 metrów nad Niemcami, bez spadochronu. Ogon nie opadał prosto w dół. Stateczniki pionowy i poziomy działały jak folie aerodynamiczne. Sekcja zaczęła szybować, powoli się obracając. Moran chwycił za uchwyty broni. Żadna instrukcja nie mówiła, co robić, gdy samolot rozpadnie się na pół. Przez okno widział krążące niemieckie myśliwce.
Założyli, że wszyscy nie żyją, ale Moran żył, a jego broń wciąż działała. Wycelował w obiekt pomiarowy, który przeleciał obok. Wystrzelił. Smugi przecinały niebo. Niemiecki pilot zboczył z kursu, zaskoczony, że oderwana część ogonowa strzelała. Moran strzelał dalej. Część ogonowa kontynuowała swój dziwny lot ślizgowy w dół, powoli obracając się i opadając na zimne niemieckie niebo.
Jeśli chcesz zobaczyć, jak ten strzelec ogonowy przeżył upadek z wysokości 4 mm, kliknij „Lubię to”. To pomoże nam udostępniać więcej takich historii i zasubskrybuj, jeśli jeszcze tego nie zrobiłeś. Wracając do Morana. Niemieckie załogi przeciwlotnicze na ziemi zobaczyły spadającą sekcję ogonową. Otworzyły ogień. Był ostrzeliwany przez myśliwce z góry i baterie artylerii przeciwlotniczej z dołu, spadając w oderwanej sekcji ogonowej. Wysokościomierz nadal działał.
19 000 stóp 18 000 stóp. Ziemia zbliżała się coraz bardziej. Głowa Morana uderzyła o lufę. Krew napłynęła mu do oczu. Żebra trzasnęły o uchwyty dział, ale nie puścił broni. 16 000 stóp 15 000 drzew poniżej pól. Miasto Psych, 19 km na południe od Bremy, 14 000 stóp 13 000 stóp. Spróbował skorzystać z luku ewakuacyjnego.
Nie drgnął. Rama się wypaczyła. Był zamknięty w metalowej trumnie spadającej z prędkością ponad 160 km/h. 12 000 stóp 11 000. Wirowanie dociskało go do grodzi. Złote wypełnienia i jego pancerze wyskoczyły pod wpływem ciśnienia. 10 000 stóp 9 000. Drzewa były już blisko. Sekcje ogonowe lekko się spłaszczały.
Stabilizatory coś robiły. 8000 stóp 7000. Moran przygotował się. Nie było możliwości sterowania. Nie było możliwości zwolnienia. Nie było wyjścia. 6000 stóp 5000. Las w dole rzucił się mu na spotkanie. 4000 stóp 3000. Tylna część maszyny pikowała w stronę lasu na zewnątrz. Psych. Moran widział teraz pojedyncze sosny. Ich gałęzie wyciągały się w górę niczym ciemne palce.
Sekcja wciąż się obracała, wciąż ślizgała się pod ostrym kątem, ale grawitacja zwyciężała. 2000 stóp 1000. Uderzenie nastąpiło bez ostrzeżenia. Część ogonowa uderzyła w wierzchołki sosen. Gałęzie łamały się. Drewno eksplodowało. Metalowa konstrukcja jęknęła. Statecznik pionowy zahaczył o gruby pień i cała sekcja obróciła się, zwalniając. Połamały się kolejne gałęzie.
Ogon przeleciał przez osłonę, zrzucając kawałki aluminiowej powłoki. Potem uderzył o ziemię. Uderzenie wbiło głowę Morana w lufę działa. Czaszka pękła. Krew lała się z głowy. Żebra, już połamane od wirującego upadku, złamały się całkowicie. Oba przedramiona uderzyły w uchwyty działa.
Ból był natychmiastowy i obezwładniający, ale żył. Moran próbował się ruszyć. Jego ramiona odmawiały posłuszeństwa. Złamany. Jego klatka piersiowa krzyczała z każdym oddechem. Połamane żebra. Głowa pulsowała. Zmiażdżona czaszka. Krew zalała mu oczy. Nie widział wyraźnie. Słyszał głosy. Niemieckie głosy, chrzęst stóp w leśnej ściółce.
Ktoś nadchodził. Dwóch mężczyzn wyłoniło się z wraku. Mieli na sobie podarte ubrania, nie mundury Vermached, ani nie byli to członkowie personelu naziemnego Luftvafa. Byli to jeńcy, serbscy jeńcy wojenni, którzy pracowali w pobliżu, gdy zobaczyli zawalenie się części ogonowej. Obaj mężczyźni byli lekarzami schwytanymi przez Niemców wiele lat wcześniej.
Byli zmuszani do pracy w obozach pracy. Kiedy zobaczyli, jak amerykański ogon rozbija się o drzewa, pobiegli w jego kierunku. Spodziewali się znaleźć ciało. Zamiast tego znaleźli Morana, ledwo przytomnego, tonącego we własnej krwi. Serbscy lekarze nie mieli sprzętu, leków ani bandaży, ale mieli przeszkolenie.
Wyciągnęli Morana z wraku i położyli go na ziemi. Jeden lekarz unieruchomił głowę Morana, a drugi zbadał jego obrażenia. Zmiażdżona czaszka, połamane przedramiona, połamane żebra, prawdopodobne krwawienie wewnętrzne. Lekarze wiedzieli, że wkrótce nadejdą niemieckie patrole. Działali szybko. Jeden z nich użył pasków materiału wyrwanych z własnej koszuli, aby związać ramiona Morana.
Drugi uciskał ranę głowy, próbując zatamować krwawienie. W ciągu kilku minut pojawili się ich wyśmiani żołnierze. Otoczyli miejsce katastrofy z uniesionymi karabinami. Widząc Morana, ledwo oddychającego, pokrytego krwią, opuścili broń. Ten mężczyzna nie stanowił zagrożenia. Był ledwo żywy. Niemieccy żołnierze położyli Morana na noszach.
Serbscy lekarze nalegali, by mu towarzyszyć. Niemcy się zgodzili. Przetransportowali Morana do szpitala wojskowego w Brimman, tego samego miasta, które zbombardował kilka godzin wcześniej. W szpitalu niemieccy lekarze zbadali Morana. Pokręcili głowami. Jego obrażenia były katastrofalne. Samo zmiażdżenie czaszki powinno go zabić. Złamane żebra przebiły mu płuca.
Jego przedramiona były połamane. Stracił ogromne ilości krwi. Według wszelkich standardów medycznych powinien był umrzeć. Jednak serbscy lekarze nie poddali się. Pozostali przy Moranie przez całą noc, monitorując jego oddech i sprawdzając puls. Niemiecki personel medyczny, pomimo rozkazów, by priorytetowo traktować własnych rannych, zapewnił im tyle, ile mogli.
Moran na przemian odzyskiwał i tracił przytomność. Kiedy był przytomny, ból był nie do zniesienia. Kiedy był nieprzytomny, śniło mu się spadanie. Ciągle spadał, ogon wirował, ziemia pędziła w górę, drzewa. Minęły trzy dni, potem cztery. Stan Morana się ustabilizował. Zmiażdżona czaszka zaczęła się goić, choć nacisk na mózg nadal był niebezpieczny. Żebra zaczęły się goić.
Jego przedramiona pozostały bezużyteczne, ale kości się zrastały. Piątego dnia przybyli niemieccy oficerowie wywiadu. Chcieli informacji. Celów bombardowań, taktyki formacji, częstotliwości radiowych. Moran nic im nie podał. Stopień, nazwisko, numer seryjny. To wszystko. Przesłuchania trwały dwa tygodnie. Niemcy próbowali wszystkiego.
Groźby, obietnice lepszego traktowania, długie okresy izolacji. Moran nic nie powiedział. W końcu się poddali. 14 grudnia 1943 roku niemieccy strażnicy załadowali Morana na ciężarówkę wraz z innymi więźniami. Ciężarówka jechała na wschód przez Niemcy przez 3 dni. Moran siedział z tyłu z 14 innymi amerykańskimi więźniami.
Jego ramiona wciąż były w prowizorycznych ortezach. Rana głowy zagoiła się, ale infekcja się rozwijała. Każdy wybój na drodze sprawiał ból połamanym żebrom. Dotarli do Stalogu Luft 3 17 grudnia. W obozie przebywało 10 000 lotników alianckich w drewnianych barakach otoczonych drutem kolczastym i wieżami strażniczymi. Strażnicy przeszukiwali każdego więźnia przy bramie.
Zabrali Moranowi nieśmiertelniki, obrączkę ślubną i kilka rzeczy osobistych, które mu jeszcze zostały. W barakach panował lodowaty mróz. W każdym pokoju na drewnianych pryczach siedziało 32 mężczyzn. Ogrzewał go jeden piec węglowy, ale racje węgla były minimalne. Na więźnia przypadały dwa koce. Tej zimy temperatura spadła do -10°C. Jedzenie dostarczano dwa razy dziennie. Porcja poranna składała się z kromki czarnego chleba i kawy Öz z palonego jęczmienia.
Wieczorną rację żywnościową stanowiła rzadka zupa z okazjonalnymi obierkami z ziemniaków. Czerwony Krzyż wysyłał paczki żywnościowe, ale niemieccy strażnicy konfiskowali większość z nich. Więźniowie otrzymywali jedną paczkę miesięcznie zamiast jednej tygodniowo. Ramiona Morana zaczęły się goić nieprawidłowo. Bez odpowiedniej opieki medycznej kości zrosły się pod niewłaściwym kątem. Mógł poruszać palcami, ale przedramiona pozostały skręcone.
Proste zadania stały się niemożliwe. Zapinanie koszuli, wiązanie butów, trzymanie łyżki. Pomagali mu inni więźniowie. Obóz posiadał tajne radio. Więźniowie składali je z przemycanych części przez 18 miesięcy. Ukryli je w fałszywym murze w baraku nr 14. Każdej nocy wybrani więźniowie słuchali audycji BBC i przepisywali wiadomości.
Informacja rozeszła się po obozie rankiem. W styczniu 1944 roku radio donosiło o nasileniu się alianckich bombardowań nad Niemcami. W lutym dowiedzieli się o bombardowaniu Monte Cassino. W marcu nadeszły wieści o nasileniu się ataków lotniczych na Berlin. Każdy raport oznaczał więcej amerykańskich bombowców nad głowami, więcej zestrzelonych załóg i więcej więźniów przybywających do Staloğlu 3.
24 marca 1944 roku w obozie wybuchł chaos. 76 więźniów uciekło tunelem o nazwie Harry. Kopali przez ponad rok, schodząc 9 metrów pod ziemię, aby przedostać się pod druty. Tunel ciągnął się na długości 103 metrów od baraku 104 do lasu za ogrodzeniem. Ucieczka trwała jedną noc. Niemieccy strażnicy odkryli tunel o świcie.
Zmobilizowali 70 000 żołnierzy, policjantów i Hitlerjugend do poszukiwań uciekinierów. W ciągu dwóch tygodni odzyskali 73 więźniów. Gestapo rozstrzelało 50 z nich. Rozstrzelano ich pojedynczo w różnych miejscach na bezpośredni rozkaz Hitlera. Pozostałych 23 więźniów wróciło do Stalogu Luft 3. Niemieccy strażnicy wywiesili ich nazwiska na tablicy ogłoszeń.
W obozie zapadła cisza, gdy więźniowie przeczytali listę poległych. Natychmiast zaostrzono środki bezpieczeństwa. Strażnicy zwiększyli liczbę apeli z dwóch do pięciu dziennie. Zakazali więźniom przemieszczania się po zmroku. Co tydzień przeszukiwali każdy barak. Konfiskowali narzędzia, drut i wszystko, co mogło być użyte do kopania.
Moran obserwował to wszystko z pryczy. Jego ramiona powoli odzyskiwały sprawność, ale nie mógł efektywnie pracować. Inni więźniowie i tak włączali go w swoje działania. Dzielili się jedzeniem. Pomagali mu się ubierać. Opowiadali mu historie o domu. Mijały miesiące. Nadeszło lato. Wojna trwała. Tajne radio donosiło o D-Day 6 czerwca. Wojska alianckie lądowały w Normandii.
Więźniowie cicho świętowali. Strażnicy wzmogli czujność. Jesienią 1944 roku front wschodni chylił się ku upadkowi. Wojska radzieckie parły w kierunku Niemiec. Tajne radio potwierdzało to każdej nocy. Rosyjskie czołgi były 300 metrów dalej, potem 200, a potem 100. 27 stycznia 1945 roku niemieccy strażnicy wydali rozkaz ewakuacji wszystkich więźniów.
Sowieci byli 80 kilometrów od obozu. Marsz rozpoczął się o 4:00 rano w zamieci. 10 000 więźniów utworzyło kolumny na drodze przed Stalogiem Lof 3. Każdy mężczyzna niósł jeden koc i resztki jedzenia, które udało mu się zdobyć. Strażnicy nie rozdawali żadnych dodatkowych racji żywnościowych. Temperatura wynosiła -15 stopni Celsjusza. Niemieccy strażnicy poinformowali ich, że maszerują na zachód, oddalając się od sowieckiej ofensywy. Nie podali, jak daleko.
Nie powiedzieli, dokąd jadą. Powiedzieli, że każdy, kto zostanie w tyle, zostanie zastrzelony. Kolumna ruszyła o świcie. Ramię Morana wciąż bolało od obrażeń odniesionych 13 miesięcy wcześniej. Żebra się zagoiły, ale zimne powietrze utrudniało oddychanie. Owinął się kocem wokół ramion i ruszył naprzód.
Pierwszy mężczyzna zginął drugiego dnia. Amerykański bombowiec z Ohio upadł na śnieg. Strażnicy odciągnęli jego ciało na pobocze drogi i utrzymali kolumnę w ruchu. Do trzeciego dnia zmarło kolejnych czterech więźniów. Pod koniec pierwszego tygodnia 23 ciała leżały w śniegu wzdłuż drogi. Więźniowie szli 12 godzin dziennie. Strażnicy zezwalali na 10-minutowe przerwy co 2 godziny.
Nocą zaganiali więźniów do stodół lub kościołów. Czasami spali na otwartych polach. Śnieg padał nieprzerwanie. Temperatura spadła do -20 stopni. Jedynym zmartwieniem było jedzenie. Strażnicy nie dostarczali żadnych racji żywnościowych. Więźniowie jedli śnieg, aby uzyskać wodę. Niektórzy znajdowali zamarznięte ziemniaki i pola. Inni zrywali korę z drzew. Nieliczni wymieniali rzeczy osobiste z niemieckimi cywilami na chleb. Większość głodowała.
Po pierwszym tygodniu Moranowi na stopach pojawiły się pęcherze. Pęcherze pękały i wdało się zakażenie. Przy każdym kroku czuł, jak płyn w butach rozlewa się. Inni więźniowie cierpieli jeszcze gorzej. Odmrożenia powodowały sczernienie palców u rąk i nóg. Mężczyźni tracili części stóp, ale kontynuowali marsz, ponieważ zatrzymanie się oznaczało śmierć. Marsz trwał przez cały luty.
Kolumna pokonywała 20 metrów w niektóre dni, 10 mili na sekundę. W złe dni, gdy zamiecie śnieżne ograniczały widoczność do zera, pokonywali pięć mil. Strażnicy popychali ich naprzód bez względu na warunki. Do połowy lutego kolumna pokonała 200 metrów. Przechodzili przez opuszczone niemieckie miasta. Cywile obserwowali ich z okien, ale nie oferowali pomocy. Wojna dobiegała końca.
Wszyscy o tym wiedzieli. Niemcy się chyliły ku upadkowi, ale marsz trwał nadal. Niektórzy więźniowie próbowali uciec. Większości się to nie udało. Niemieccy strażnicy zastrzelili trzech mężczyzn, którzy pobiegli do lasu w pobliżu Shremburga. Zostawili ciała tam, gdzie padli, jako ostrzeżenie. Kolumna szła dalej. Inni więźniowie po prostu się poddali. Usiedli na śniegu i odmówili pójścia.
Strażnicy ich zastrzelili. W ciągu pierwszego miesiąca marszu zginęło 73 więźniów. Po tym wydarzeniu ocaleni przestali liczyć. Moran szedł dalej. Jego chore stopy krzyczały z bólu przy każdym kroku. Ramiona bolały go nieustannie. Żebra pulsowały z zimna. Ale szedł dalej, krok za krokiem, godzina po godzinie, dzień po dniu.
Kolumna wkroczyła do centralnych Niemiec. W oddali za nimi dudniła radziecka artyleria. Amerykańskie bombowce przelatywały nad nimi, kierując się na wschód. Strażnicy zaczęli się niepokoić. Wiedzieli, że wojna jest przegrana, ale wykonywali rozkazy. Utrzymywać więźniów w ruchu. Nie pozwolić im wpaść w ręce wroga. 15 marca 1945 roku, po 47 dniach marszu, kolumna dotarła do miasta Bitterfeld.
Strażnicy zapędzili więźniów do starego budynku fabrycznego. Powiedzieli, że to tymczasowe. Powiedzieli, że transport wkrótce nadejdzie. Więźniowie padali na podłogę. Większość nie mogła ustać na nogach. Stopy Morana spuchły tak bardzo, że nie mógł zdjąć butów. W fabryce w Bitterfeld minęły trzy tygodnie. Strażnicy nie przynosili jedzenia.

Więźniowie przetrwali dzięki resztkom znalezionym w budynku. Szczury stały się celem ataków. Mężczyźni łapali je i piekli nad małymi ogniskami. Inni jedli trawę i chwasty rosnące przez szczeliny w betonowej podłodze. Waga Morana spadła poniżej 45 kg. Ważył 74 kg, gdy jego B-17 został zestrzelony 16 miesięcy wcześniej. Żebra prześwitywały mu przez skórę.
Jego twarz była jak szkielet. Z zakażonych stóp nieustannie sączyła się krew. Inni więźniowie byli w gorszym stanie. Dyzenteria rozprzestrzeniła się po fabryce. Mężczyźni, którzy nie mogli ustać na nogach, brudzili się tam, gdzie leżeli. Smród był nie do zniesienia. Niemieccy strażnicy zostali na zewnątrz. Nie przynieśli żadnych lekarstw, żadnych bandaży, niczego. 8 kwietnia więźniowie usłyszeli artylerię. Blisko artylerii.
Amerykańska artyleria. Dźwięk dochodził z zachodu, z każdym dniem narastając. Strażnicy byli zdenerwowani. Prowadzili pospieszne rozmowy. Niektórzy zniknęli w nocy. Do 10 kwietnia w Bitterfeld rozległ się odgłos strzałów z broni ręcznej. Amerykańska piechota wkroczyła do miasta. Niemieccy strażnicy opuścili fabrykę. Zostawili drzwi otwarte i po prostu odeszli.
Więźniowie byli zbyt słabi, by świętować. Większość nie mogła ustać na nogach. Leżeli na hali fabrycznej, nasłuchując odgłosów bitwy na zewnątrz. Ogień karabinów maszynowych, odgłosy dział czołgowych, charakterystyczny trzask karabinów M1 Garand. 11 kwietnia 1945 roku, o godzinie 14:00, amerykańscy żołnierze ze 104. Dywizji Piechoty wyważyli drzwi fabryki. Zatrzymali się, gdy zobaczyli, co jest w środku.
Setki szkieletów leżały we własnym brudzie. Żołnierze natychmiast poczuli smród. Kilku wycofało się na zewnątrz, żeby zwymiotować. Pierwszy wszedł sanitariusz. Przechodził od więźnia do więźnia, sprawdzając puls i oceniając stan. Kiedy dotarł do Morana, pokręcił głową. Chłopak z farmy w Wisconsin wciąż oddychał, ale ledwo.
Jego puls był słaby. Stopy miał gangrenowate. Ciało odmawiało posłuszeństwa. Ratownicy medyczni wezwali nosze. Wynieśli więźniów na zewnątrz do czekających karetek. Moran na zmianę odzyskiwał i tracił przytomność podczas transportu. Pamiętał, jak widział amerykańskie flagi. Pamiętał, jak słyszał angielski. Pamiętał, jak płakał.
Szpital polowy znajdował się 15 mil na zachód. Lekarze wojskowi pracowali całą noc, lecząc uwolnionych więźniów. Rozcięli Moranowi buty. Jego stopy były czarne od martwicy. Lekarze rozważali amputację, ale postanowili najpierw spróbować je uratować. Wstrzyknęli Moranowi sulfonamidy i penicylinę. Oczyścili mu rany. Podali mu osocze.
Ustabilizowali jego stan. 13 kwietnia przewieziono go do większego szpitala we Francji. Rekonwalescencja trwała miesiące. Infekcja stóp powoli ustępowała. Do czerwca jego waga wzrosła do 54 kg. Ramiona odzyskały większość funkcji, choć pozostały lekko skręcone z powodu nieprawidłowego gojenia. 3 lipca 1945 roku lekarze zezwolili Moranowi na transport do Stanów Zjednoczonych.
Wsiadł na statek szpitalny w La Hav. Przeprawa trwała 8 dni. 11 lipca statek zacumował w porcie nowojorskim. Moran stał na pokładzie, gdy w zasięgu wzroku pojawiła się Statua Wolności. Nie było go 2 lata i 9 miesięcy. Odbył pięć lotów bojowych. Spadł z wysokości 6 kilometrów w odciętej części ogonowej.
Przeżył 17 miesięcy jako jeniec wojenny. Przeszedł 600 metrów przez niemiecką zimę. Miał 21 lat. Statek zacumował przy nabrzeżu nr 90. Żołnierze pomagali więźniom zejść po trapie. Tłumy wiwatowały zza barierek. Ktoś zagrał hymn narodowy z głośników. Moran nie mógł przestać płakać. Był w domu.
Z Nowego Jorku Moran pojechał pociągiem do Camp Kilmer w New Jersey. Lekarze wojskowi przeprowadzili pełne badania lekarskie wszystkich powracających jeńców. Udokumentowali każdy uraz, każdą bliznę, każdy trwały ślad niewoli. Raport medyczny Morana liczył 11 stron. Zmiażdżona czaszka z wygojonymi złamaniami. Oba przedramiona zrośnięte nieprawidłowo pod kątem 15°.
Sześć żeber ze starymi liniami złamań. Przewlekły ból w dolnej części pleców spowodowany uciskiem kręgosłupa podczas upadku. Uszkodzenie nerwów w obu stopach spowodowane odmrożeniami i infekcją. Uszkodzenie narządów spowodowane niedożywieniem. Zespół stresu pourazowego. Lekarze zalecili 3 miesiące dodatkowego leczenia. Moran odmówił. Chciał wrócić do domu. Chciał zobaczyć się z rodziną.
Nie widział ich od października 1942 roku, prawie 3 lata wcześniej. 25 lipca wojsko przyznało mu 30 dni przepustki. Pojechał autobusem do Wisconsin. Podróż trwała 2 dni. Przespał większość drogi, wciąż odzyskując siły. Rodzina spotkała go na dworcu autobusowym w Soldiers Grove. Matka początkowo go nie poznała.
Wychudzony mężczyzna wysiadający z autobusu w niczym nie przypominał syna, którego pamiętała. Kiedy uświadomiła sobie, że to Eugene, upadła. Jego ojciec ją złapał. Moran spędził sierpień w domu, śpiąc w swoim starym łóżku, jedząc potrawy matki i spacerując po farmie, którą opuścił 3 lata wcześniej. Sąsiedzi odwiedzali go codziennie. Zadawali pytania.
Jak to było? Czy Niemcy byli okrutni? Czy kogoś zabił? Jak przeżył upadek? Moran odpowiedział na niektóre pytania, na inne nie potrafił. Niektóre wspomnienia były zbyt bolesne: wirujący ogon, wyjący wiatr, ciała członków załogi, marsz śmierci, fabryka w Bitterfeld. 1 września 1945 roku Moran powrócił do czynnej służby w Camp McCoy w Wisconsin.
Wojna z Japonią zakończyła się dwa tygodnie wcześniej. Armia szybko się demobilizowała. Miliony żołnierzy zostało zwolnionych ze służby. Dokumenty zwolnienia Morana dotarły 1 grudnia. Stopień końcowy: sierżant sztabowy. Służba trwała od października 1942 do grudnia 1945 roku. Pięć misji bojowych. Status honorowego zwolnienia.
Jego medale dotarły osobno. Dwa Purpurowe Serca za rany odniesione w walce. Medal Lotniczy z kępką złotych liści za osiągnięcia w powietrzu. Medal Teatru Europejskiego za służbę w kampanii europejskiej, Medal za Dobre Zachowanie, Medal Jeńca Wojennego. Nie istniał żaden medal za upadek z odległości czterech mil w odciętej części ogonowej podczas strzelania do wrogich myśliwców.
Moran wrócił do Soldiers Grove jako cywil. Miał 22 lata, bez wyższego wykształcenia i perspektyw zawodowych. Gospodarstwo potrzebowało pomocy, więc pracował tam przy sadzeniu, zbiorach i doglądaniu bydła. Tę samą pracę wykonywał przed wojną. Ale wszystko wydawało się inne. Ciężar narzędzi w jego powykręcanych ramionach, ból w stopach po długich dniach stania, koszmary, które budziły go każdej nocy, dźwięk silników lotniczych, który przyprawiał go o zawrót głowy.
W 1947 roku poznał kobietę o imieniu Helen na spotkaniu kościelnym. Pobrali się 6 miesięcy później. W ciągu następnej dekady mieli dziewięcioro dzieci. Moran pracował na budowach, aby utrzymać rodzinę. Nigdy nie skarżył się na odniesione obrażenia. Nigdy nie mówił o wojnie, chyba że został o to bezpośrednio zapytany. Przez dziesięciolecia jego historia pozostawała w dużej mierze nieznana.
Jego towarzysze zginęli. Nawigator, który wyskoczył na spadochronie, przeniósł się do Kalifornii i stracił z nim kontakt. Serbscy lekarze, którzy go uratowali, zniknęli w powojennym chaosie. Niemieckie dokumenty dotyczące tego incydentu zostały rozproszone lub zniszczone. W 2007 roku lokalna gazeta w Wisconsin opublikowała krótki artykuł o Moranie.
Nagłówek brzmiał: „Lokalny weteran przeżył niemożliwy upadek”. Artykuł przykuł uwagę Johna Armstera, historyka wojskowości z Iowa. Armster badał straty bombowców Sił Powietrznych ETH nad Niemcami. Kiedy dowiedział się o ocaleniu Morana, pojechał do Wisconsin, aby przeprowadzić z nim wywiad. Moran miał 83 lata i nadal mieszkał w Soldiers Grove.
Jego żona Helen zmarła 3 lata wcześniej. Dziewięć jego dzieci regularnie go odwiedzało. Na jego dłoniach wciąż widniały krzywe kości po złamanych przedramionach sprzed 64 lat. Arm Brewster spędził trzy dni na rozmowie z Moranem. Nagrał wszystko. Odprawę z misji 29 listopada, ataki myśliwców, ostrzał z flacku, moment odłączenia się ogona, upadek, serbskich lekarzy, Stalag LOF 3, marsz śmierci – wszystko.
Moran mówił powoli, ostrożnie, przypominając sobie szczegóły, o których nie rozmawiał od dziesięcioleci. Pokazał Armowi Brewsterowi swoje dokumenty zwolnienia ze służby, medale, zdjęcia z wojny i list od nawigatora, który wyskoczył ze spadochronem, wysłany w 1946 roku i nigdy nieodpowiedziany. Armster zaczął badać sprawę. Skontaktował się z Amerykańskim Muzeum Lotnictwa w Wielkiej Brytanii.
Mieli zapisy dotyczące Ricky’ego Tikitaviego, numer seryjny 4230359, przydzielonego do 339. Dywizjonu Bombowego, zaginionego w akcji 29 listopada 1943 roku. Załoga liczyła 10 osób, z czego 8 poległo w akcji, jeńców wojennych. Po drugie, odnalazł raport o zaginionej załodze samolotu o numerze 1392. Zawierał on nazwiska członków załogi, szczegóły misji oraz lokalizację bombowca ostatnio widzianego w pobliżu Brimman. Przyczyną były samoloty wroga.
Armster udał się do Niemiec. Odnalazł miejscowość Psych, 19 km na południe od Brimman. Przeprowadził wywiady ze starszymi Niemcami, którzy pamiętali listopad 1943 roku. Kilku z nich wspominało, że widzieli spadającą z nieba część ogonową samolotu. Jeden mężczyzna, wówczas sześcioletni, obserwował ze schronu przeciwbombowego, jak samolot rozbił się w lesie. Niemiecki badacz Ulf Kac niezależnie udokumentował katastrofę.
Odnalazł miejsce uderzenia w lesie. Fragmenty aluminiowej powłoki wciąż leżały zakopane w ziemi 70 lat później. Przesłuchał świadków. Zmapował pole szczątków. Arm Brewster i CAC połączyli swoje badania. W 2018 roku zorganizowali uroczystość upamiętniającą w Psych. Zaprosili rodzinę Morana.
Six of his nine children made the trip to Germany. The town of Psych erected a memorial plaque at the crash site. It listed the names of all 10 crew members. The dedication ceremony took place on November 29th, 2018, exactly 75 years after the crash. Moran’s children stood in the forestwhere their father had landed.
They saw the trees, the clearing, the spot where the tail section had finally stopped. German citizens who had witnessed the crash stood beside them. They shared their memories. They expressed gratitude that Moran had survived. The children met German researchers who had preserved the story. They met the grandson of one of the Serbian doctors who had saved Moran’s life.
They visited the hospital in Bremen where German doctors had treated him. They stood on the road where the death march had passed. Moran was not there. He had died 4 years earlier on March 23rd, 2014. He was 90 years old. He had lived 69 years after falling 4 miles inside a severed B7 tail section. But his story survived.
In 2022, John Armster published his book about Moran. He titled it Tail Spin. The book documented everything. The mission, the fall, the survival, the captivity, the death march, the long life that followed. The book included photographs Armster had collected. Moran as a young airman in 1943, the crew of Ricky Ticky Tavi standing beside their bomber.
The impact site in the German forest. The memorial plaque in psych. Moran in his 80s sitting in his Wisconsin home holding his purple hearts. Arm Brewster interviewed aviation experts to understand how Moran survived. Aeronautical engineers analyzed the tail section structure. The vertical stabilizer measured 13 ft tall. The horizontal stabilizers spanned 43 ft.
Together they created enough surface area to generate lift. The tail’s weight distribution was critical. The guns, ammunition, and Moran himself were positioned at the forward end. This created a natural balance point. The stabilizers acted as wings. The section did not drop straight down. It glided, spinning slowly, descending at roughly 70 mph instead of terminal velocity.
The trees provided the final element. The pine forest outside Psych had trees over 80 ft tall. The tail section hit branches at the top of the canopy. Each broken branch absorbed energy. The vertical stabilizer caught on a thick trunk. The impact slowed the descent from 70 mph to perhaps 30. Still enough to kill most people, but the combination of factors gave Moran a chance.
Only two other documented cases exist of airmen surviving similar falls. British tail gunner Nicholas Alchemade fell 18,000 ft without a parachute in March 1944 and survived. American ball turret gunner Alan McGee fell 22,000 ft and crashed through a train station roof in January 1943 and survived.
Wszystkich trzech mężczyzn łączyły pewne wspólne cechy. Pozostali pod szczątkami, które tworzyły opór. Uderzyli w przedmioty, które złagodziły ich upadek. Drzewa w przypadku Alchemade i Morana, szklany dach w przypadku McGee. Byli młodzi i sprawni fizycznie, a do tego mieli niezwykłe szczęście. Moran nigdy nie uważał się za szczęściarza. Stracił ośmiu członków załogi 29 listopada 1943 roku.
Spędził 17 miesięcy jako jeniec wojenny. Przetrwał 960-kilometrowy marsz śmierci w niemieckiej zimie. Do końca życia nosił w sobie fizyczne i psychiczne blizny. Ale przeżył. Wrócił do domu. Ożenił się. Wychował dziewięcioro dzieci. Pracował. Zbudował sobie życie. Dożył 90 lat.
18 października 2008 roku miasto Solders Grove poświęciło ulicę na jego cześć. Nazwano ją Moran Way. Eugene uczestniczył w ceremonii z rodziną. Miał 84 lata. Stał obok nowego znaku drogowego, uśmiechnięty, otoczony dziećmi i wnukami. Ktoś zapytał go, jak się czuje, mając ulicę nazwaną jego imieniem. Powiedział, że to dziwne uczucie.
Zrobił tylko to, co musiał. Przetrwać, wrócić do domu, żyć swoim życiem. To był Eugene Paul Moran, chłopak z farmy w Wisconsin, który spadł z wysokości czterech mil i nie chciał umrzeć. Jeśli ta historia Cię poruszyła, proszę, kliknij ten przycisk „Lubię to”. To naprawdę pomaga nam nadal dzielić się tymi zapomnianymi historiami z większą liczbą osób, które potrzebują ich usłyszeć.
A jeśli jeszcze nie subskrybujesz, koniecznie to zrób. Odkrywamy kolejne niesamowite historie o przetrwaniu z II wojny światowej, które zasługują na pamięć. Kliknij dzwoneczek powiadomień, aby ich nie przegapić. Daj nam znać w komentarzach, skąd oglądasz. A czy ktoś w Twojej rodzinie ma historię z II wojny światowej, która nigdy nie została opowiedziana? Chętnie ją poznamy.
Dziękujemy za oglądanie. I dziękujemy, Eugene Moran, za pokazanie nam, co potrafi znieść ludzki duch. Nie zapomnimy.




