Uncategorized

Co stało się z kobietami z Wietkongu, gdy zostały schwytane przez australijski oddział SAS. NP

Co stało się z kobietami z Wietkongu, gdy zostały schwytane przez australijski oddział SAS

26 października 1966 roku. Na wzgórzach Newui Din, na zachód od Australijskiej Bazy Sił Specjalnych w Nui Dat, wilgotność sięga 90%. To fizyczny ciężar, który przyciska przesiąknięte potem warzywa do skóry czterech mężczyzn poruszających się w bambusach. To australijscy imperatorzy, widma dżungli.

Nie przedzierają się przez krzaki. Przepływają przez nie, bezszelestnie, niewidzialnie. Dowódca zwiadowcy przesuwa gałąź na tyle, by przecisnąć się przez nią ciałem, po czym cofa ją. Bez trzasku, bez szelestu. Zatrzymuje się. Sygnał dłonią rozchodzi się po linii. 10 metrów dalej, dżungla otwiera się na małą, skąpaną w słońcu polanę. Postać kuca przy strumieniu, który napełnia manierkę, w czarnej piżamie, z karabinem chom opartym o skałę.

Postać się odwraca. To dziewczyna, nie starsza niż 19 lat. W ciągu kolejnych milisekund rachunek wojenny zderza się z ludzkim instynktem. Zasady walki są jasne. Uzbrojony wróg jest celem, ale sylwetka jest szczupła, twarz młoda. Palec na spuście waha się przez ułamek sekundy. To anomalia, która zdefiniowała australijskie doświadczenie w Futoui.

Byli szkoleni do zabijania żołnierzy. Nie byli w pełni przygotowani do polowania na kobiety. Statystyki te były już znane oficerom wywiadu w Sajgonie. Do 1966 roku kobiety stanowiły prawie 40% logistycznego kręgosłupa Frontu Wyzwolenia Narodowego w niektórych dystryktach. Były długowłosą armią.

Nosili ryż, wiadomości, a często też granaty. Patrol SAS zamarł w zielonym mroku. Jeśli strzelą, zdradzą ich pozycję. Jeśli ją puszczą, w ciągu godziny zgłosi ich położenie głównemu batalionowi. Schwytanie to trzecia opcja, najniebezpieczniejsza.

To historia tej trzeciej opcji. To nie opowieść o masowych bitwach ani atakach napalmem. To opowieść o intymności i przerażeniu. O tym, co się dzieje, gdy elitarni operatorzy, wyszkoleni w mrocznych sztukach cichej wojny, stają twarzą w twarz z wrogiem, który wygląda jak uczennica, ale ma determinację fanatyka. To jest tarcie schwytania.

Aby zrozumieć powagę tego starcia, musimy najpierw spojrzeć z perspektywy wzgórz Newin na chaotyczną mapę z 1966 roku. Amerykanie toczyli wojnę na wyniszczenie na północy i w centralnych górach, stosując strategię opartą na liczbie ofiar i ogromnej sile ognia. Ale na południu, na wilgotnych, płaskich mokradłach i poszarpanych wzgórzach prowincji Fui, Australijczycy toczyli inną wojnę.

Australijska grupa operacyjna przybyła z doktryną wypracowaną w dżunglach Malajów: zwalczanie rebelii. Koncepcja była prosta, ale wyczerpująca. Zdominować dżunglę. Odmówić wrogowi schronienia. Nieustannie patrolować. Czubkiem tej włóczni był Pułk Specjalnej Służby Lotniczej. Żołnierze SAS nie byli poborowymi. Byli ochotnikami, często starszymi i bardziej doświadczonymi.

Wielu z nich to weterani stanu wyjątkowego w Malajach lub z Borneo. Działali w pięcioosobowych patrolach, czasami spędzając tygodnie w buszu. Ich główną bronią nie był karabin SLR, ale oczy. Byli zbieraczami informacji. Byli duchami. Ich misją było zlokalizowanie infrastruktury Wietkongu, rządu cieni, który zarządzał prowincją.

Ta infrastruktura nie była tradycyjną armią. To był złożony system biologiczny, który istniał w obrębie ludności cywilnej. A w sercu tego systemu znajdowały się kobiety. Zachodnia tradycja wojskowa od wieków wyraźnie oddzielała żołnierzy od cywilów. Mężczyźni walczyli, kobiety i dzieci czekały.

Wojna w Wietnamie zatarła tę granicę. Front Wyzwolenia Narodowego, czyli Wietkong, postrzegał walkę jako totalną. Każdy miał swoją rolę. Kadra kobiet była zorganizowana, zdyscyplinowana i rozległa. Nie były tylko żonami czy towarzyszkami obozu. Były oficerami politycznymi. Były medyczkami. Były jednostkami transportowymi. I były bojownikami.

Raporty wywiadowcze z tamtej epoki szczegółowo opisują konkretne role. Dan Kong byli robotnikami cywilnymi, często kobietami, powołanymi do wojska lub zgłaszającymi się na ochotnika do transportu zaopatrzenia. Potrafili nosić na plecach 23 kilogramy ryżu przez leśne szlaki przez 12 godzin dziennie. Ale były też zaangażowane oddziały partyzanckie, kobiety, które wiedziały, jak zastawiać pułapki, kobiety pełniące rolę zwiadowczyń, kobiety, które potrafiły rozebrać karabin AK-47 w ciemności.

Dla australijskiego SAS stanowiło to wyjątkowy koszmar taktyczny. Patrol głęboko na terytorium wroga opiera się na skradaniu. Jeśli zostaną zdemaskowani, ich liczebna przewaga wynosi sto do jednego. Ich przetrwanie zależy od pozostania niezauważonym. Gdy patrol natknął się na mężczyznę będącego żołnierzem Wietkongu, schemat decyzyjny był zazwyczaj binarny: zabić lub ominąć.

Ale spotkanie z kobietą-wojowniczką wprowadziło element wahania, który wróg wykorzystał. Australijski żołnierz lat 60. był dzieckiem swoich czasów. Rycerskość nie umarła. Była zakorzeniona w kulturze. Myśl o zastrzeleniu kobiety była odrażająca dla przeciętnego kopacza. NLF o tym wiedziało. Uczyniło z tego broń.

Istnieją udokumentowane relacje o harcerkach, które otwarcie chodziły po szlakach bez broni, pełniąc rolę przynęty. Jeśli australijski patrol namierzył je lub schwytał, hałas i opóźnienie wciągały patrol w zaplanowaną zasadzkę. Jeśli patrol pozwolił im przejść, harcerka po prostu zawracała i meldowała o pozycji Australijczyków. Tak wyglądała sytuacja w 1966 roku – partia szachów rozgrywana w saunie.

SAS potrzebował jeńców. Zwłoki dostarczały broni i dokumentów, ale nie ujawniały aktualnej lokalizacji batalionu D445 ani tajnych systemów bunkrów w górach Long High Hills. Więźniowie byli złotym standardem wywiadu. Ale schwytanie jeńca w dżungli to jedno z najtrudniejszych zadań w wojnie.

Wymaga to zbliżenia się na odległość dotyku do osoby, która chce cię zabić. Wymaga obezwładnienia jej bez oddania strzału. A następnie wyciągnięcia jej przez kilometry wrogiego terenu, podczas gdy próbuje uciec lub dać sygnał swoim towarzyszom. Teraz dodaj zmienną, że więźniem jest kobieta. Wróćmy do patrolu na nowych wzgórzach Ding Hills.

Osoba na czele, zazwyczaj najbardziej czujny i o najszybszym refleksie żołnierz w drużynie, sygnalizuje zatrzymanie. Dowódca podchodzi bliżej. Ocenia sytuację. Kobieta przy strumieniu jest sama. To rzadkość. VC prawie zawsze poruszają się parami lub w trzyosobowych grupach. Jeśli jest sama, może być kurierką. Jej bagaż może zawierać mapy, rejestry poboru podatków, listy od dowódców. Jest ważnym celem.

Dowódca daje sygnał do zajęcia. Patrol się rozdziela. Dwóch mężczyzn znika w zaroślach po lewej stronie, oskrzydlając strumień. Dwóch rusza w prawo. Dowódca i sygnalista pozostają w centrum, osłaniając podejście. Poruszają się z przerażającą powolnością. Jeden krok, czekaj. Nasłuchuj. Jeden krok. Czekaj. Kobieta wstaje. Zarzuca karabin na ramię.

Zaraz odchodzi. Okno możliwości się zamyka. Oskrzydlający operatorzy sass są w odległości 10 metrów. 5 metrów. Czują zapach węgla drzewnego z jej ognisk na jej ubraniach. Widzą pot na jej karku. Wyskakują. To nie jest jak w filmach. Nie ma dramatycznej muzyki. Tylko nagły, gwałtowny przypływ hałasu w cichej dżungli.

Ciało szarżujące na inne ciało. Plusk wody. Głuchy odgłos butów uderzających o błoto. Kobieta krzyczy. To wysoki, przenikliwy dźwięk, który przebija się przez baldachim. Dłoń bezczelnego żołnierza natychmiast zakrywa jej usta, ale dźwięk już się ulotnił. Zamknij się. Zamknij się. Syczy, choć ona prawdopodobnie nie rozumie angielskiego. Walczy.

Walczy z zaciekłością, która szokuje Australijczyków. Nie poddaje się. Gryzie, drapie, kopie. Próbuje sięgnąć po granat przy pasie. Drugi operator unieruchamia jej ramiona. Odciągają ją od strumienia w stronę bambusowych kęp. Ciężko oddychają. Adrenalina szaleje.

Teraz rozpoczyna się natychmiastowy, przerażający protokół poszukiwań. Australijski żołnierz wychowany na przedmieściach Sydney lub w buszu Queenslandu przytrzymuje teraz walczącą Wietnamkę w ziemi. Musi ją przeszukać. Musi sprawdzić, czy ma broń. Musi sprawdzić dokumenty. Przeszukanie musi być dokładne. Ukryty pistolet, nóż, granat z zawleczkę schowaną w kieszeni.

To wyroki śmierci dla patrolu. Operator przesuwa dłońmi po jej czarnej piżamie. To inwazyjne. To brutalne. To konieczne. Znajduje granat Chcom. Rzuca go swojemu koledze, który go zabezpiecza. Znajduje sakiewkę z papierami. Zabezpiecza ją. Wciąż się szamocze, z oczami rozszerzonymi z przerażenia i wściekłości. Spodziewa się śmierci.

Propaganda NLF wmówiła jej, że Australijczycy to potwory, że jedzą dzieci, gwałcą i torturują. Walczy o życie. Żołnierze zawiązują jej nadgarstki. Kneblują ją, nie z okrucieństwa, ale po to, by powstrzymać krzyki, które mogą sprowadzić na ich głowy ostrzał z moździerzy. Dowódca spogląda na zegarek.

Minęły dwie minuty od schwytania. To za długo. Słychać krzyk. Muszą się ruszyć. Podnieś ją. Wyruszamy. Punkt ewakuacyjny alfa. To jest ustawienie. Plansza jest ustawiona. Figury w ruchu. Mamy elitarny, pięcioosobowy zespół głęboko na terytorium wroga, obciążony więźniem, który ich nienawidzi, ścigany przez swoich towarzyszy, którzy prawdopodobnie już się zbliżają.

Aby jednak naprawdę zrozumieć dynamikę tego, co dzieje się później, musimy głębiej przyjrzeć się tym mężczyznom i kobietom. Australijskie szkolenie SAS koncentrowało się na dyscyplinie i sile psychicznej. Selekcja była brutalna, miała na celu odsianie słabych i lekkomyślnych. Ci, którzy zdali, byli spokojnymi, wyrachowanymi profesjonalistami.

Uczono ich obserwacji. W dżungli byli najeźdźcami z kosmosu. Byli rosłymi mężczyznami dźwigającymi 40 kilogramów ekwipunku, pocącymi się w upale. Kobiety z Wietkongów, przeciwnie, czuły się jak u siebie. To było ich podwórko. Często były mniejsze, niedożywione latami wojny i blokady, ale zahartowane życiem pełnym pracy.

Znali każdą jaskinię, każdy szlak, każdą wioskę. Zderzenie tych dwóch sił było starciem cywilizacji. Schwytanie kobiety-wojowniczki zaburzyło standardowy rytm operacyjny SAS. Z więźniem-mężczyzną dynamika była odmienna od relacji między żołnierzami. Panował niechętny szacunek i wzajemne zrozumienie zasad gry. Z więźniem-kobietą dynamika ta uległa zaburzeniu.

Żołnierze stali się nadwrażliwi na swoje działania. Obawiali się oskarżeń o złe traktowanie. Byli niezręczni. Więźniarka natomiast często wykorzystywała to na swoją korzyść. Grała rolę niewinnej wiejskiej dziewczyny. Żadnego Krzyża Wiktorii. Żadnego Krzyża Wiktorii. Spotkajmy się na targu. Płakała. Bała się choroby. Szła powoli, powłócząc nogami, opóźniając patrol.

A przez cały czas liczyła, liczyła mężczyzn, notowała ich broń, zapamiętywała częstotliwości ich fal radiowych, jeśli w ogóle ich słyszała, obserwowała ich sygnały. Była więźniem. Tak, ale wciąż była bojowniczką. Wciąż prowadziła wojnę. Informacje wywiadowcze zebrane dzięki tym pojmanym kobietom okazały się kluczowe. Dokumenty znalezione przy kurierkach często ujawniały siatki poborców podatkowych, które finansowały rebelię.

Dzienniki ujawniły morale wrogich jednostek. Zapasy medyczne ujawniły choroby nękające obozy. Jednak przekazanie tych informacji do Nuidot wymagało od patrolu przetrwania kolejnych kilku godzin. Ewakuacja to najniebezpieczniejszy etap. Patrol jest powolny. Hałasują. Są bezbronni. W miarę jak zespół się wycofuje, ciągnąc za sobą więźnia, dżungla wydaje się inna.

Cisza jest coraz cięższa. Każdy ptasi śpiew brzmi jak sygnał. Każdy cień wygląda jak zasadzka. Dowódca pracuje na najwyższych obrotach, wypatrując drutów detonujących. Tylny strażnik przez połowę czasu idzie tyłem, obserwując ich trop. Dwóch mężczyzn w środku pilnuje więźnia. Potyka się. Upada.

Czy jest wyczerpana, czy zwleka? Żołnierz podnosi ją. No, ruszaj się. Podaje jej wodę z manierki. Patrzy na nią, a potem na niego. Podejrzliwie. Myśli, że to może być trucizna. On sam bierze łyk, żeby jej pokazać. Pije łapczywie. Na sekundę wojna cichnie. W upale są tylko dwie osoby. Potem oddaje manierkę, a maska ​​wraca. Oczy twardnieją.

Są 3 km od strefy ewakuacji. Słońce zachodzi. Cienie się wydłużają, a potem dowódca zatrzymuje się. Unosi pięść. Ruch naprzód. Ani jednego zwiadowcy, ani oddziału. Patrol wszedł w kordon. Słychać krzyk. Sieć się zamyka. To jest rzeczywistość przejęcia. To nie koniec misji.

To początek wyzwania. Nagroda, którą zdobyli. Ta młoda kobieta, która skrywa w głowie sekrety dzielnicy, stała się dla nich niczym kotwica, obciążając ich w obliczu przypływu. Dowódca musi podjąć decyzję. Mogą przedrzeć się przez nie, ryzykując życie więźnia i swoje własne.

Mogą spróbować się ukryć i poczekać na zmrok, albo wezwać strażników leśnych, śmigłowce szturmowe. Ale śmigłowce szturmowe wymagają czasu, a czasu im brakuje. Kobieta obserwuje ich. Widzi napięcie w ich ramionach. Widzi gesty dłoni. Wie, że jej towarzysze są blisko. Na jej ustach, ukrytych za kneblem, pojawia się ponury uśmiech.

Myśliwy stał się zwierzyną. Konfrontacje między siłami australijskimi a żeńskimi bojownikami Wietkonga nie zdarzały się codziennie, ale kiedy już do nich dochodziło, pozostawiały ślad. Oficjalne zapisy z Australijskiego Pomnika Wojennego (Australian War Memorial) wskazują na liczne przypadki zatrzymania starszych kobiet. Nie były to przypadkowe osoby cywilne. Były to aktywne uczestniczki działań wojennych.

Jednym z godnych uwagi incydentów było pojmanie pielęgniarki podczas oczyszczania kompleksu bunkrów. Nie chciała opuścić swoich pacjentów, stojąc nad rannymi żołnierzami Wietkongu, nawet gdy Australijczycy rzucali granaty w wejścia do tunelu. Kiedy opadł kurz, wyszła, pokryta kurzem i krwią, buntownicza. Australijczycy jej nie zastrzelili. Podziwiali jej odwagę.

Ten szacunek był dziwnym podtekstem w tej przemocy. Bezczelność, będąca wynikiem profesjonalizmu, dostrzega profesjonalizm u wroga, niezależnie od płci. Ale szacunek nie ratuje w walce. Wracając na szlak, patrol zmienia szyk. Wkraczają na linię obrony. Oddział wroga przed nimi prowadzi poszukiwania.

Przeszukują teren. Dowódca SAS szepcze do słuchawki. Kontakt. Kontakt. Czekaj. Musi zorganizować ewakuację, ale nie może jeszcze zdradzić swojej dokładnej pozycji. Więzień zaczyna wydawać dźwięki, stłumione, rytmiczne nucenie. Daje sygnał. Pilnujący jej żołnierz zaciska uścisk.

Cicho, szepcze, jego twarz znajduje się centymetry od jej twarzy. Albo zginiesz. To blef. A może jednak? W ferworze chwili, gdy adrenalina zalewa organizm, granica między dyscypliną a przetrwaniem zaciera się. Brzęczenie cichnie. Kciuk żołnierza naciska na punkt nacisku za uchem kobiety, nie po to, by zranić, ale by nakazać jej całkowite skupienie. Dżungla wstrzymuje oddech.

Pięć metrów dalej, liść paproci z trzaskiem wraca na swoje miejsce. Wroga grupa poszukiwawcza jest wystarczająco blisko, by wyczuć zapach. Dowódca SAS podejmuje decyzję, która definiuje doktrynę pułku. Unikać. Siła ognia to porażka w skradaniu się. Sygnalizuje chód ducha. Patrol rusza. Nie idą. Płyną. Unoszą wysoko buty, by przebić się przez zarośla.

Najpierw stawiając zewnętrzną krawędź podeszwy, a następnie tocząc się w kierunku podbicia. Cisza nie oznacza braku hałasu. To dyscyplina. Ale kobieta na haju nie zna ducha chodu. Jest wieśniaczką, gorylem przyzwyczajonym do szybkiego, kucanego biegu Wietkongów, a nie do tego boleśnie powolnego baletu. Powłóczy nogami. Celowo się potyka. Teraz jest bronią.

Jej ciało jest jak latarnia morska, która próbuje zaalarmować polujący na nią oddział. Tylny strzelec chwyta ją za ramię, stabilizując. Nie uderza. Przemoc wywołuje hałas. Hałas niesie śmierć. Zamiast tego szepcze jedno słowo łamanym wietnamskim. D, ruszamy. Pokonują 10 metrów w 5 minut, potem 20.

Głosy grupy poszukiwawczej VC przenoszą się na lewo, a następnie cichną w chaotycznej zielonej ścianie za nimi. Zniknęli z kordonu, ale zagrożenie zmienia się z taktycznego na fizjologiczne. Punkt ewakuacyjny znajduje się na skalistym urwisku na grzbiecie Newins, 2 km pod górę. Upał jest solidną ścianą. Żołnierz niesie 40 kg ekwipunku, amunicji, radia, wody i racji żywnościowych.

Teraz muszą również radzić sobie z więźniem, który jest bezwładny. W tym miejscu romantyzm wojny partyzanckiej rozpływa się w brutalnej matematyce wydatku kalorycznego. Więzień pod wpływem haju jest prawdopodobnie niedożywiony. Raporty wywiadowcze z 1966 roku wskazują, że przeciętny żołnierz NLF w Futoui spożywał mniej niż 1800 kalorii dziennie, głównie ryż i tapiokę.

Jest mała, waży może 45 kg, ale stawiające opór 45 kg jest cięższe niż 100 kg martwego ciężaru. Upada. To nie jest gra. Jej nogi, napędzane adrenaliną podczas pojmania, zamieniły się w wodę. Patrol się zatrzymuje. Dowódca patrzy na słońce. Godzina 16:30. Cienie się wydłużają, zamieniając poszycie dżungli w mozaikę czerni i szarości.

Jeśli nie dotrą do strefy lądowania LZID do 17:00, śmigłowce nie przylecą. Piloci Królewskich Australijskich Sił Powietrznych są odważni, ale nocne ewakuacje na terenach zamieszkanych przez Indian stanowią naruszenie standardowych procedur operacyjnych, chyba że zespołowi grozi bezpośrednie niebezpieczeństwo najazdu. Nieście ją, rozkazuje dowódca. To absurd wojny. Potężny, bezczelny żołnierz w kremowym kamuflażu zarzuca broń i zarzuca wrogiego żołnierza na ramię niczym worek ryżu.

On pachnie kordytem i stęchłym potem. Ona pachnie drewnem, dymem i strachem. Przez kolejny kilometr są fizycznie złączeni. Łowca niosący ofiarę w bezpieczne miejsce. Podczas tego podejścia musimy się zatrzymać, żeby spojrzeć na niesionego przez nich wroga. Kim ona jest? Statystycznie rzecz biorąc, prawdopodobnie jest to miejscowa dziewczyna z dystryktów Datau lub Long Deian.

Australijska analiza wywiadowcza z 1967 roku oszacowała, że ​​w niektórych wioskach nawet 80% młodzieży było związanych z NLF. Niekoniecznie wstąpiła z powodu Marksa czy Lenina. Wstąpiła, ponieważ jej brat zginął od pocisku artyleryjskiego. Wstąpiła, ponieważ rząd w Sajgonie wydawał się obcą okupacją.

Dołączyła, ponieważ w jej świecie Wietkong był rządem. Jest częścią systemu, który Australijczycy nazywali VCI, czyli Infrastrukturą Wietkonga. To było państwo cieni. Pobierali podatki, zarządzali szkołami i wymierzali sprawiedliwość. A kobiety były spoiwem. W przechwyconym dokumencie z dystryktu Chow Duck napisano: „Siostry są oczami i uszami rewolucji.

To woda, w której pływają ryby, ale teraz ryby są poza wodą. Przekroczyły linię drzew. Strefa lądowania to kępa trawy słoniowej spłaszczona przez wiatr. Radiooperator, Sig, naciska słuchawkę. Albatrosie, to jest jedno zero w punkcie ewakuacji. Jeden pasażer jest gorący.

Pax to znormalizowany termin wojskowy oznaczający pasażera lub więźnia. „Hot” sugeruje możliwość ostrzału przez wroga. Reakcja jest natychmiastowa. Odległy warkot wirników, odgłosy wojny w Wietnamie. Zaczyna się od wibracji w klatce piersiowej i przeradza się w mechaniczny wrzask. Nad grzbietem pojawiają się dwa śmigłowce UH1 Irakcoy. Śmigłowce bojowe, strażnicy buszu.

Przechylają się mocno, ich strzelcy przy drzwiach skanują linię drzew. Karabiny maszynowe M60 wiszą na bungee. Fala opadowa uderza w patrol niczym fizyczny cios. Kurz, trawa i gruz wirują w gwałtownym wirze. Dla High to moment szczytowego przerażenia. Widziała te maszyny z ziemi, strzelające rakietami i minigunami. Nigdy nie była pod żadnym.

Hałas jest ogłuszający, przeciążenie sensoryczne, które rozsadza umysł. Zwija się w kłębek. Żołnierz SAS ciągnie ją w stronę otwartych drzwi unoszącego się śmigłowca. Płoza dotyka skały. Strzelec przy drzwiach gestem przywołuje ją, twarz ma ukrytą za wizjerem i hełmem. Wygląda dla niej jak owad, demon. Wrzucają ją do środka. Oddział SAS wskakuje za nią.

Silnik ryczy, zmienia się ton, a ziemia opada. To psychologiczny moment dla bojownika Wietkonga. Jego moc pochodzi z ziemi. Zna tunele, szlaki, jaskinie. W chwili, gdy płozy odrywają się od ziemi, zostaje oderwana od źródła siły. Jest zawieszona w powietrzu, w brzuchu bestii.

Wygląda przez otwarte drzwi. Dżungla. Jej dżungla to tylko zielony dywan w dole. Widzi kratery po bombach, brązowe blizny po defoliantach, czerwone drogi z leritu. To widok jej kraju, którego nigdy nie widziała. Czuje się mała. Bezczelni mężczyźni natychmiast się rozluźniają. Ta zmiana jest wstrząsająca.

Jeszcze chwilę temu byli drapieżnikami na szczycie łańcucha pokarmowego, napiętymi i śmiercionośnymi. Teraz zapalają papierosy. Wiatr wygania dym za drzwi. Sprawdzają broń. Jeden z nich podaje jej gumę do żucia. Wpatruje się w nią. Nie wie, co to jest. Czy to narkotyk? Trucizna? Żołnierz odwija ​​gumę i sam żuje kawałek. Uśmiecha się oczami. Wkłada jej kawałek w dłoń.

Ściska go, ale nie zjada. Lot jest krótki, 15 minut. Przelatują nad nowymi dżinami i schodzą w kierunku australijskiej bazy sił specjalnych w Nuidat. Jeśli dżungla była domeną partyzantów, Nuidat jest twierdzą okupanta. Z powietrza to wstrząs geometrycznego porządku narzuconego chaosowi natury.

Rzędy namiotów, ściany z worków z piaskiem, okopy artyleryjskie, parkingi dla pojazdów. Czerwony pył Fuktui pokrywa wszystko. Śmigłowiec rozbłyska, dziób podnosi się do maksymalnej prędkości i ląduje na perforowanych stalowych deskach lotniska Luskome. Silnik gaśnie. Rozpoczyna się przekazanie. Patrole SAS-u skończyły swoją pracę. To oni są myśliwymi. Nie obdzierają zwierzyny ze skóry.

Dwóch żandarmów z żandarmerii czeka. Są czyści, ich mundury są wykrochmalone w porównaniu z przegniłą zielenią SAS-u. Chwytają ją wysoko za ramiona. Odprowadzają ją od śmigłowca, jej nogi chwieją się na stalowej macie. Odwraca się do załogi SAS-u. Już idą w kierunku swoich ciężarówek, rozmawiając o piwie i prysznicach. Zapomnieli o niej.

Zabierają ją do sekcji wywiadowczej. Klatka. To szereg namiotów i bunkrów otoczonych drutem kolczastym. To centrum przetrzymywania wszystkich zatrzymanych. Tutaj wojna zmienia się z fizycznej walki w psychiczną. Przetwarzanie więźniarki było delikatną sprawą dla armii australijskiej. Konwencja Genewska była ściśle przestrzegana na papierze, ale rzeczywistość przesłuchania to zawsze szara strefa.

Najpierw przeszukanie. Zazwyczaj wzywa się pielęgniarkę lub tłumaczkę, jeśli jest dostępna. W przeciwnym razie przeszukanie przeprowadzają mężczyźni, co stwarza atmosferę upokorzenia i głębokiej wrażliwości. Jej czarna piżama jest ponownie przeszukiwana. Szwy są sprawdzane pod kątem obecności tabletek samobójczych lub mikrofilmów. Otrzymuje numer.

Jej imię jest zapisane, ale dla systemu jest teraz tylko kartoteką. Następnie przeprowadza się badanie lekarskie, bada ją australijski lekarz, oficer służby więziennej (RMO), oficer służby zdrowia. To często najbardziej dezorientujący moment dla więźnia. Spodziewa się tortur. Zamiast tego dostaje stetoskop. Lekarz sprawdza, czy nie ma malarii, robaków ani ran od odłamków.

Czyści ukąszenia pijawek na jej kostkach. Podaje jej antybiotyki. To jest scops, operacja psychologiczna w najczystszej postaci. Narracja kadr NLF jest taka, że ​​Australijczycy to barbarzyńcy. Kiedy barbarzyńca leczy twoją infekcję i daje ci czysty opatrunek, ideologiczne podstawy zaczynają pękać. Ale życzliwość to dopiero początek.

Pokój przesłuchań czeka. To namiot, gorący i duszny, stół, trzy krzesła, jasne światło, mimo że jest dzień. Przesłuchującym jest zazwyczaj kapitan lub chorąży z Australijskiego Korpusu Wywiadowczego. Obok niego siedzi tłumacz, często południowowietnamski żołnierz przydzielony do grupy operacyjnej. Ta dynamika jest kluczowa.

Więzień boi się południowowietnamskiej tłumaczki o wiele bardziej niż australijskiego oficera. Dla ARVN, Armii Republiki Wietnamu, jest zdrajczynią. Wojna domowa między Północą a Południem jest osobista, krwawa i pełna nienawiści. Australijczycy to tylko przejeżdżający obcokrajowcy. Przesłuchanie rozpoczyna się nie od krzyku, lecz od milczenia. Kapitan zapala papierosa.

Podaje jeden za wysoko. Tenagi, jak masz na imię? Milczy. Imię, ranga, numer seryjny. Zasada dotyczy regularnych armii. Goryle nie mają numerów seryjnych. Mają historie-przykrywki. Jestem farmerem ryżu, mówi drżącym, ale buntowniczym głosem. Szukałem mojego bawołu. Kapitan kiwa głową. Słyszał to już tysiąc razy.

Każdy żołnierz VC schwytany w Fuktui szuka zaginionego bawołu. Otwiera teczkę. Kładzie na stole zdjęcie. To nie jest jej zdjęcie. To zdjęcie jednostki, z którą służyła, albo zdjęcie wodza wioski, który został zamordowany w zeszłym tygodniu. Wiemy, że nie jesteś rolnikiem. Cześć, tłumaczy tłumacz. Wiemy, że jesteś z grupy logistycznej batalionu D445.

Wiemy, że przewozisz zaopatrzenie z Shuenmach do Long Heis. Szok na jej twarzy jest mikroskopijny, ale kapitan to dostrzega. Siatka wywiadowcza działa. Australijczycy mają własne oczy i uszy. To faza rozwoju scenariusza, w której przechodzimy od dynamicznej akcji dżungli do systemowej machiny wojny.

Widzimy, że schwytanie było zaledwie czubkiem włóczni. Drzewce włóczni to potężny aparat wywiadowczy zaprojektowany do mapowania terenu zaludnionego prowincji. W latach 1966–1971 australijska grupa operacyjna przebadała tysiące cywilów. Stworzyli spis ludności. Wiedzieli, kto z kim jest spokrewniony.

Wiedzieli, które rodziny miały synów na północy, a które w ARVN. Na więźniarkę taką jak Hi wywierana jest inna presja niż na mężczyznę. Przesłuchujący grają na rodzinie. Twoja matka mieszka w wiosce Hoalong. Tak, możemy dopilnować, żeby dostała dodatkowy ryż. Albo możemy powiadomić lokalną policję, że jej córka jest VC.

Groźba białych myszy. Południowowietnamska policja to młot. Australijczycy to aksamitna rękawiczka. Siedzi na krześle. Jest wyczerpana. Po raz pierwszy od miesięcy jest czysta. Jej żołądek jest pełen australijskiego gulaszu z racji żywnościowych. I jest przerażona. Musi dokonać wyboru. Wytrzymać i zostać przekazaną władzom południowowietnamskim w więzieniu prowincjonalnym w Baharii, gdzie krążą legendy o klatkach dla tygrysów i porażeniach prądem, albo porozmawiać z tym spokojnym Australijczykiem o niebieskich oczach.

Podaj mu lokalizację gotówki, imię, ślad i może, tylko może, wróci do domu. Ale historia żeńskiej Wietkong nie dotyczy tylko bycia ofiarą. Chodzi o sprawczość. Wiele z tych kobiet było twardszych niż mężczyźni. Istnieje udokumentowana relacja o staruszce schwytanej w pobliżu posterunku w podkowie.

Podczas przesłuchania rzuciła się na pistolet tłumacza. Nie chciała uciekać. Chciała zabić jeszcze jednego wroga, zanim umrze. Inna relacja wspomina o kobiecie, która podała fałszywe współrzędne składu broni. Poprowadziła patrol do strefy minowej. Uśmiechnięta szła przodem i sama zniosła wybuch miny, tylko po to, by zabrać ze sobą trzech Australijczyków.

Bezczelność przekonała się o tym na własnej skórze. Więzień nigdy nie jest naprawdę bezpieczny, dopóki nie znajdzie się za drutami. A nawet wtedy jego umysł wciąż walczy. Gdy zapada noc, nowy, wysoki zostaje umieszczony w areszcie. To dół z workami z piaskiem, płóciennym dachem, łóżkiem polowym i wiadrem. Strażniczka stoi na zewnątrz i odgania komary. Kładzie się.

Wsłuchuje się w odgłosy bazy, odległy huk artylerii, strzały z haubic kalibru 105 mm, nękanie i przechwytywanie. Misje w dżungli. Właśnie wyszła. Wyobraża sobie swoich towarzyszy broni w bunkrach, słuchających tych samych eksplozji. Jest sama w mieście mężczyzn, 4000 australijskich żołnierzy. Nierównowaga płci potęguje izolację.

Jest ciekawostką, anomalią, zagrożeniem i nagrodą. W mesie oficerskiej dowódca SAS przeprowadza odprawę. Kreśli linię na mapie. Była tu sama i czekała. Oficer wywiadu zaznacza to miejsce czerwonym ołówkiem. To trasa kurierska. Jeśli się odezwie, możemy przechwycić linię zaopatrzeniową przed nadchodzącą ofensywą w porze suchej.

To twardzielka, mówi bezczelny mężczyzna, popijając piwo. Nie wydała ani jednego dźwięku, kiedy ją złapaliśmy. Ale ugryzła Millera w krocze. Śmieją się. To nerwowy śmiech. Śmiech mężczyzn, którzy przetrwali, zamieniając horror w anegdotę. Ale z powrotem w klatce, Hi się nie śmieje. Płacze w milczeniu. Nie z powodu siebie, ale dlatego, że zawiodła.

Nie przekazała wiadomości. Nie zdetonowała granatu. Żyje. A w duchu rewolucji przetrwanie w niewoli to skomplikowany wstyd. Dzień trzeci. W namiocie powietrze jest zastałe, ciężkie od dymu papierosowego i zapachu mokrego płótna. Psychologiczna architektura przesłuchania uległa zmianie.

Początkowy szok po pojmaniu minął, zastąpiony przez miażdżące zmęczenie. Nie spała dłużej niż dwie godziny bez przerwy. Zarządzanie jej snem jest celowe. Gdy tylko zasypia, strażnik potrząsa drutem, zmienia się światło albo zostaje przeniesiona na inne krzesło. To nie są tortury fizyczne. Australijczycy są w tej kwestii surowi, ale to rozmontowanie ego.

Oficer wywiadu, kapitan Vance, gra długoterminowo. Wie, że ideologiczny zapał pali mocno, ale szybko gaśnie, gdy jest podsycany głodem i izolacją. Stawia na stole miskę gorącego ryżu z sosem rybnym. Pachnie jak w domu. Pachnie jak w kuchni jej matki w Long Diane. Nie chcemy cię skrzywdzić. Cześć, mówi cicho Vance.

Ale tu jest język. Wskazuje na południowowietnamskiego tłumacza, mężczyznę o twardym spojrzeniu i bliźnie biegnącej wzdłuż szczęki. Język uważa, że ​​jesteś śmieciem. Chce cię wysłać na wyspę Kansan. Znasz Consan? Wzdryga się. Wszyscy znają Kansan. Klatki dla tygrysów, doły z wapnem. To miejsce, do którego ludzie chodzą, żeby zamienić się w duchy.

To dźwignia, strach ich własnych rodaków. Australijczycy pozycjonują się jako obrońcy, bufor między więźniem a prawdziwą wojną. Mogę cię tu zatrzymać, kontynuuje Vance. Mogę załatwić ci pracę w mesie. Mogę przekazać wiadomość twojej rodzinie, ale musisz mi coś dać. Nie wszystko, tylko coś. Patrzy na ryż, potem na tłumacza, a potem idzie naprzód.

Rachunek lojalności zderza się z instynktem samozachowawczym. Jaskinia, szepcze. Tłumaczka pochyla się agresywnie. Jaka jaskinia? Szpital, mówi. W Górach Majów, niedaleko wodospadu. Vance wyciąga mapę. Siatka odniesienia. Waha się, po czym drżącym palcem wskazuje na skupisko linii poziomicowych. Tam, pod skalną półką.

Mają, mają wielu rannych. Nastrój w pomieszczeniu zmienia się z perswazji w działanie. Współrzędne są weryfikowane. Częstotliwości są czyszczone. Australijska machina wojenna, która dotąd stała na biegu jałowym, z rykiem rusza do akcji. Ten moment symbolizuje przełom. Kobieta-wojowniczka nie jest już zwykłym wrogiem.

Właśnie stała się wartością dodaną i właśnie zdradziła swoich towarzyszy. Dlaczego to zrobiła? Czy to był ryż, strach przed więzieniem? A może nadzieja, że ​​ujawniając szpital, Australijczycy ze swoimi lekarzami i lekarstwami będą mogli leczyć rannych lepiej niż głodujący medycy Wietkongu? To paradoks serca, którego nie da się wyjaśnić żadnym podręcznikiem.

Przechodzimy do sił reagowania, Szóstego Batalionu, Królewskiego Pułku Australijskiego. Informacje są gorące. Planowany jest natychmiastowy atak z powietrza. SAS dostarczył klucz, ale świnie, piechota, wyważą drzwi. Przechodzimy do strefy lądowania. Żołnierze ładują się do Hueies. Dowiadują się, że atakują ufortyfikowany system bunkrów. Są uzbrojeni i gotowi do ataku.

Spodziewają się oporu. Spodziewają się walki. Helikoptery roją się nad Górami Mtown. Teren jest brutalny. Strome, porośnięte dżunglą zbocza wyglądają jak zielony ocean zamarznięty podczas burzy. Hueie unoszą się nad koronami drzew. Żołnierze zjeżdżają po linach, bo drzewa są zbyt gęste, by lądować.

Ruszają w kierunku wskazanych współrzędnych. Cisza jest niesamowita. Żadnych ptaków, żadnych małp, tylko chrzęst butów i ciężkie oddechy mężczyzn. Znajdują wejście. Jest tak idealnie zakamuflowane, że można by przejść obok niego z odległości dwóch metrów i nic nie zobaczyć. Żołnierz odsuwa zasłonę z pnączy. Ciemne usta w skale. Wydobywają odłamki.

Koparka krzyczy, przygotowując granat. Wstrzymać ogień, krzyczy porucznik. Słuchajcie. Z wnętrza jaskini nie słychać strzałów. Słychać jęki. Najpierw uderza ich zapach. To zapach gangsterskiej zieleni, starej krwi i niemytych ciał. To zapach nędzy. Australijczycy wchodzą z latarkami przyklejonymi do karabinów. Promienie światła przecinają mrok.

To nie forteca. To dom z węgla drzewnego. Na bambusowych matach leży 30 mężczyzn i kobiet. Niektórym brakuje kończyn. Niektórzy trzęsą się z powodu malarii. Patrzą na olbrzymich Australijczyków oczami, których wyraz przerodził się ze strachu w apatię. Ale oto szczegół, który odwraca tę scenę. Oto szok, który zmienia całą narrację wojny u żołnierzy stojących w tej jaskini.

Porucznik oświetla latarką stos skrzynek z lekami w kącie. Podchodzi bliżej. Wyciera kurz z etykiety. Departament Zaopatrzenia Wspólnoty Narodów Australii. Penicylina, morfina, bandaże. Zapasy w szpitalu Vietkong są australijskie. To odkrycie uderza jak fizyczny cios. Leki te zostały prawdopodobnie skradzione z doków w Vongtao, sprzedane na czarnym rynku w Bahra, kupione przez agentów VC, prawdopodobnie kobiety takie jak Hi, i wniesione w góry na ludzkich plecach, aby leczyć tych samych żołnierzy, którzy próbowali zabić Australijczyków.

To zamknięta pętla ironii. Australijczycy finansują przetrwanie własnego wroga. W Nuidot Hi siedzi w swojej celi. Nie wie, co dzieje się w jaskini. Wie tylko, że przekroczyła granicę, której nigdy nie będzie w stanie przekroczyć. Żołnierze w jaskini rozpoczynają pracę. To nie jest zabijanie. To proces przetwarzania.

Stają się sanitariuszami. Wynoszą rannych wrogów na światło dzienne. Podają wodę ludziom, którzy jeszcze kilka godzin temu by ich zastrzelili. Oto złożoność wojny w Australii. To była intymna sytuacja. W sektorze amerykańskim mogło to być uderzenie lotnicze. W sektorze australijskim było to bezpośrednie spotkanie z konsekwencjami przemocy.

Jedną z rannych jest kobieta. Jest pielęgniarką oddziałową. Wpatruje się gniewnie w Australijczyków, gdy bandażują jej nogę. Pluje na medyka. Dlaczego? – pyta medyk, ocierając ślinę. – Pomagamy ci. Nie mówi po angielsku, ale jej oczy mówią to wyraźnie. Jesteś chorobą. Bandaż nie uleczy inwazji. Nalot dostarcza informacji, które rozchodzą się po grupie operacyjnej.

Dokumenty znalezione w jaskini ujawniają całą strukturę logistyczną batalionu D445. Nazwy, kryjówki, punkty zrzutu. Z powodu zdrady Higha siatka zaczyna się rozpadać. W kolejnych dniach żandarmi z Sassin rozpoczynają serię operacji kordonowych i poszukiwawczych w wioskach Dodo i Haong.

Już nie wyważają drzwi na chybił trafił. Mają listę. Wchodzą do domu. Znajdują kobietę gotującą ryż. Sprawdzają jej dowód osobisty na liście, którą im dostarczył. Zgadza się. Zostaje aresztowana. Jest siostrą lokalnego przywódcy partyzantki. To ona kupuje penicylinę. System działa. Kostki domina się przewracają. Ale wróćmy do góry.

Punktem kulminacyjnym jej opowieści nie jest bitwa. To rozmowa. Kapitan Vance wchodzi do namiotu po raz ostatni. Kładzie kartkę papieru na stole. Sprawdziliśmy jaskinię, mówi. Znaleźliśmy ich. Cześć, podnosi wzrok. Mój brat, pyta, „Był tam?”. Vance milknie. To moment, w którym wszechwiedzący narrator przybliża się do mikroskopijnego poziomu ludzkiego kosztu.

Był tam młody mężczyzna, mówi Vance. Rana nogi, gangsterzy. Nie przeżył. Zmarł, zanim przyleciał helikopter. Nie krzyczy. Nie płacze. Po prostu się zamyka. Ryzyko się nie powiodło. Zdradziła swoją sprawę, by ratować krew, a wojna zabrała obie. To potwierdzenie tezy. Schwytanie żeńskiej członkini Wietkongu nie tylko dostarczyło danych.

Ujawniło tragiczne powiązania konfliktu. Wróg nie był bezimienną hordą. To była rodzina. A australijski żołnierz, pomimo swojego wyszkolenia, technologii i dyscypliny, nie był w stanie zerwać tych więzów bez zniszczenia ludzi, którzy je podtrzymywali. Informacje wywiadowcze zdobyte z góry ratują życie dziesiątkom Australijczyków w ciągu następnego miesiąca. Linie zaopatrzeniowe zostają odcięte.

Zasadzki ustają na chwilę. Gratulacje dla bezczelnych, ale zwycięstwo jest puste. Gdy słońce zachodzi nad Newotentem, dziewczyną w klatce, nie jest już wojowniczką. Nie stanowi już zagrożenia. Jest tylko ofiarą, która wciąż oddycha. Koniec z przydatnością High dla australijskiej jednostki specjalnej oznacza początek jej prawdziwego upadku.

Jest wtorkowy poranek. Upał pory suchej tworzy migoczącą mgiełkę nad pasem startowym w Nuidat. Konwój ciężarówek stoi na biegu jałowym przy głównej bramie. To nie są australijskie ciężarówki. To amerykańskie dwutonowe ciężarówki z oznaczeniami Narodowej Policji Republiki Wietnamu. Białe myszy. Kapitan Vance stoi przy zagrodzie.

Dokumenty podpisane. Faza eksploatacji zakończona. Zdradziła szpital, dwie skrytki i nazwy trzech lokalnych dostawców. W zimnej arytmetyce wywiadu została wycięta do cna. Dowódca SAS, który przechwycił jej zegarki z daleka, czyści karabin. Rytmiczny stukot zamka działa jak metronom.

Nie macha na pożegnanie. Nie ma tu sentymentalizmu, tylko ponure rozpoznanie taśmy produkcyjnej. Australijczycy ich łapią. Amerykanie bombardują. Wietnamczycy z Południa ich więzią. Dwóch policjantów wysiada z ciężarówki. Mają na sobie nieskazitelnie białe mundury i okulary przeciwsłoneczne. Wyglądają jak policjanci drogówki.

Ale ich reputacja w Fuktui jest mroczniejsza niż dżungla o północy. Zajmują High. Nie traktują jej z obojętną, kliniczną ciekawością Australijczyków. Traktują ją z pogardą. Dla nich jest zdrajczynią narodu, komunistyczną ateistką, chorobą. Wpychają ją na tył ciężarówki.

Potyka się, ręce ma związane za plecami. Wygląda przez szpary w skrzyni ładunkowej. Widzi flagę Australii leniwie powiewającą nad bazą. Widzi młodych żołnierzy grających w krykieta na zakurzonym boisku w pobliżu namiotów. To surrealistyczny obraz podmiejskiego życia, typowego dla strefy wojny. Nagle silnik ryczy, a ciężarówka szarpie do przodu.

Opuszcza schronienie obcego okupanta i wraca pod jurysdykcję swojego ludu. Destiny Kansan. Celem dla cennych lub zahartowanych kobiet-kadr był często kompleks więzienny na wyspie Kansson, położony u wybrzeży. Była to wietnamska Wyspa Diabła. Dla dziewczyny z ryżowych placków DDo, podróż do Kanson była podróżą na inną planetę.

Załadowywano ją na statek lub samolot, pozbawiano tożsamości i wrzucano do systemu mającego na celu złamanie ludzkiego ducha. Zapisy historyczne wskazują, że traktowanie kobiet-więźniarek politycznych było szczególnie brutalne. Klatki dla tygrysów, czyli małe kamienne doły z żelaznymi kratami w suficie, stały się niesławne. Więźniarki były przykuwane do podłogi.

Rzucano na nie wapnem, gdy prosiły o wodę. Ale tu jest haczyk. Tu jest porażka tej strategii. Więzienia takie jak Kansson nie złamały Wietkongów. Utwardziły ich. Stały się uniwersytetami rewolucji. Wewnątrz cel kobiety się organizowały. Uczyły się nawzajem czytać i pisać.

Zajęcia z edukacji politycznej prowadzono szeptem. Starsi programiści, weterani wojny francuskiej, byli mentorami młodszych. Potrafią skuć twoje ciało łańcuchami. Starsza siostra szeptałaby przez kamienny mur, ale nie potrafią skuć twojego umysłu. Każdy dzień, w którym przetrwasz, to zwycięstwo. Hi, która trafiła do więzienia jako przerażona dziewczyna, która zdradziła swoją jednostkę, by się uratować, opuściła je lata później jako ktoś zupełnie inny.

Hańba jej zdrady zostanie wypalona przez cierpienie. Odrodzi się nie jako ofiara, lecz jako oczekująca męczennica. Wracając do Faultoui, rok 1968 toczy się na polu bitwy. Ofensywa Ted. Iluzja kontroli pryska. Te same wioski, które Australijczycy uważali za spacyfikowane, wybuchają. Sassowie kontynuują swoją pracę.

Są mistrzami dżungli. Ich współczynniki zabójstw są astronomiczne, czasami donoszą nawet o 500 do jednego. Ale walczą z hydrą. Na każdą schwytaną zwiadowczynię przypadają dwie kolejne. Zmiana demograficzna staje się niezaprzeczalna. Gdy męska populacja Wietkongów jest dziesiątkowana przez australijską siłę ognia i amerykańskie B-52, kobiety stają do walki.

Do 1969 roku w niektórych lokalnych oddziałach partyzanckich kobiety stanowiły 50% skutecznej siły. Nie były już tylko kurierkami. Były saperkami. Były snajperkami. Udokumentowano incydent, w którym australijska kolumna pancerna została zatrzymana nie przez minę, ale przez grupę kobiet stojących na drodze i skandujących hasła, blokując czołgi swoimi ciałami. Kierowcy zawahali się.

Nie można przejechać babci czołgiem Centurion na oczach światowej prasy. Opóźnienie umożliwiło ucieczkę głównym siłom VC. To była asymetryczna wojna, uzbrojona w kwestie płci. Słabi pokonują silnych, odmawiając gry według zasad silnego. Czas przyspiesza. 1971. Australijczycy się wycofują. Baza w New Dot.

Twierdza porządku zostaje przekazana Armii Wietnamu Wschodniego (ARVN). W ciągu kilku miesięcy zostaje ogołocona. Worki z piaskiem gniją. Dżungla zaczyna odzyskiwać granice. Rok 1975. Upadek Sajgonu. Czołgi wjeżdżają do pałacu prezydenckiego. Wojna się kończy. Co stało się z kobietami? Narracja na Zachodzie kończy się startem helikopterów z dachu ambasady.

Ale dla kobiet z długowłosej armii cisza spokoju przyniosła nowy rodzaj walki. Wróciły do ​​swoich wiosek. Mundur rewolucjonisty został zamieniony na chłopską piżamę. Ale cena ta zapisała się w ich biologii. Wiele z nich było bezpłodnych, a ich ciała zostały wyniszczone przez lata niedożywienia, dźwigania ciężarów i narażenia na Agent Orange.

Spędziły młodość w tunelach i klatkach. Straciły szansę na miłość, na rodzinę. W nowym Wietnamie okrzyknięto je bohaterkami. Budowano im pomniki. Medal bohaterskiej matki przyznawano kobietom, które straciły synów i mężów. Ale medale nie leczą PTSD. Medale nie naprawią kręgosłupa uciśniętego przez dekadę noszenia pocisków moździerzowych.

A co z Australijczykami? Weterani SAS wrócili do kraju, który chciał o nich zapomnieć. Byli elitą, najlepszymi z najlepszych. Mimo to protestujący ich opluwali lub traktowali z lodowatą obojętnością. Nosili w sobie swoje własne duchy. Dekady później, w RSL, po powrocie do klubów ligowych w całej Australii, historie wyszły na jaw po trzecim piwie.

Nie chcieli rozmawiać o strzelaninach z regularnymi graczami NBA. Rozmawiali o anomaliach. Pamiętam tę dziewczynę, powiedziałby stary twardziel, wpatrując się w swoją szklankę. Maleńka, New Ding Hills, 66 lat. Mieliśmy ją. Mogliśmy ją zabić, ale nie. Co się z nią stało? pyta młodszy mężczyzna. Wydali ją. Nigdy więcej jej nie widziałem. Zapada ciężka cisza.

To milczenie moralnego urazu. Uświadomienie sobie, że ich miłosierdzie mogło być bardziej okrutne niż przemoc. Że oddając ją w ręce machiny państwa południowowietnamskiego, skazali ją na piekło, od którego umyli ręce. To prowadzi nas do rozwiązania. Schwytanie kobiety z Vietkongu przez australijski SAS było mikrokosmosem całej wojny.

To było zderzenie zaawansowanej technologii z jej niską wytrzymałością. To był sukces taktyczny. Zdobyto informacje wywiadowcze. Przecięto linie zaopatrzeniowe, co okazało się strategiczną porażką. Można nanieść mapy tuneli. Można pojmać kurierów. Można wygrać każdą potyczkę w buszu. Ale nie da się zmusić systemu wierzeń do uległości.

Australijski SAS był najskuteczniejszym bojownikiem w dżungli XX wieku. Wykonywał swoje zadanie z zabójczą perfekcją, ale został wysłany, by rozwiązać problem polityczny za pomocą narzędzia wojskowego. Próbowali złapać wodę siecią. Kobiety, które schwytali, były wodą. Przepływały przez szczeliny.

Wyparowały i skondensowały się gdzie indziej. 26 października, dziś. Wzgórza Newi Den. Dżungla się zagoiła. Kratery po bombach zamieniły się w stawy rybne. Pozbawione liści zbocza znów są zielone, pokryte plantacjami nerkowców i akacji. Blizny na ziemi zniknęły pod nieustannym wzrostem tropików.

Wracamy do strumienia, gdzie patrol po raz pierwszy zobaczył dziewczynkę. Skała wciąż tam jest. Woda wciąż płynie czysta i chłodna. Nie słychać szelestu bambusa, trzasku gałązki, cichych gestów. Grupa wędrowców idzie szlakiem. Młodzi Wietnamczycy urodzeni długo po odejściu ostatniego Hueya. Śmieją się i robią sobie selfie.

Nie wiedzą, że 50 lat temu w tym miejscu 19-letnia dziewczyna walczyła o życie z pięcioma olbrzymami pomalowanymi na zielono i czarno. Historia jest u ich stóp, pogrzebana w laterycie. Historia kobiecego Wietkongu i australijskiego SAS nie jest historią walki dobra ze złem. To historia zderzenia.

To opowieść o tym, co się dzieje, gdy nieodparta siła współczesnej armii spotyka się z niewzruszonym celem, jakim jest lud broniący swojego domu. Australijczycy odchodzą, kobiety zostają, a ziemia w końcu przypomina sobie, kto do niej należy. Wiatr zmienia się w koronach drzew. Przez chwilę brzmi to jak odległy łoskot wirnika, ale to tylko wiatr.

Cisza.

Uwaga: Część treści została stworzona przy wsparciu AI (AI & ChatGPT) i następnie została twórczo opracowana przez autora, aby lepiej odpowiadała kontekstowi oraz ilustracjom historycznym. Życzę Ci fascynującej podróży odkrywczej!

 

LEAVE A RESPONSE

Your email address will not be published. Required fields are marked *