Uncategorized

Tropiciel SASR, który potrafił „wyczuć” zasadzkę z odległości 2 mil: Niewiarygodna historia szeregowego Jacka. NP

Tropiciel SASR, który potrafił „wyczuć” zasadzkę z odległości 2 mil: Niewiarygodna historia szeregowego Jacka

A co, gdybym ci powiedział, że najgroźniejszą bronią w wojnie w Wietnamie nie był karabin, helikopter ani bomba, ale ludzki nos? Wyobraź sobie. Rok 1968. Dusząca dżungla prowincji Huaktoui. Australijski żołnierz unosi pięść, zamrażając cały patrol. Amerykanie, którzy mu towarzyszą, nic nie widzą, nic nie słyszą.

Ich sprzęt wart milion dolarów nie wykrywa żadnych zagrożeń. Ale ten człowiek, syn hodowcy owiec, który nigdy nie skończył liceum, upiera się, że śmierć czeka dokładnie trzy kilometry dalej. Trzy kilometry przez dżunglę pokrytą potrójnym baldachimem, bez żadnego kontaktu wzrokowego. I oto, co cię zwali z nóg. Miał rację. Dosłownie wyczuł wroga i wiedział, co zrobi.

Pentagon utajniał go przez 30 lat. Wietkong nazywał go duchem. Amerykanie uważali, że to niemożliwe. Jego własni dowódcy nie potrafili tego wyjaśnić. Ale rezultaty: 47 patroli, zero ofiar, wrogie zasadzki wykryte, zanim jeszcze się wydarzyły. Jak to możliwe, że hodowca bydła z australijskiego buszu rozwinął zdolności, których żaden naukowiec wojskowy nie potrafił odtworzyć? Jakie starożytne aborygeńskie sekrety przemieniły go w coś, czego dżungla nigdy nie widziała? I dlaczego wojsko amerykańskie przez lata próbowało i nie potrafiło zrozumieć, co on potrafi? To jest historia, której nie chcieli, żebyś poznał.

wiedzieć. Tropiciel, który złamał każdą zasadę ludzkiej biologii. Człowiek, który wyczuwał sam strach. Zostań ze mną do końca. Bo co się z nim stało po wojnie? To ta część, o której nikt nie mówi. I uwierz mi, nie jesteś na to gotowy. Dżungla ucichła o godzinie 4:00 rano, w poranek, który miał zmienić wszystko, co amerykańskie wojsko myślało o śledzeniu ludzi na wrogim terytorium.

Gdzieś w dusznym, zielonym piekle prowincji Fuoktui, młody australijski szeregowy zacisnął dłoń w pięść, zamrażając w miejscu cały 12-osobowy patrol. Amerykanie, którzy stali w oddziale, wymienili zdezorientowane spojrzenia. Nic nie słyszeli. Nic nie widzieli. Ich zaawansowany sprzęt do podsłuchu radiowego nie zarejestrował żadnej aktywności wroga w tym sektorze.

Ale szeregowy Jack, były pracownik stacji pasterskiej z australijskiego interioru, który nigdy nie ukończył szkoły średniej, upierał się, że śmierć czeka dokładnie 1800 metrów dalej, gdzie wzmocniona kompania Wietkongu przygotowała strefę śmierci, która unicestwiłaby każdego żołnierza patrolu. Ale to było dopiero pierwsze ostrzeżenie przed nocą, która na zawsze zburzy amerykańskie założenia.

Amerykański oficer łącznikowy, odznaczony kapitan w zielonych beretach z trzema turami na koncie, był gotów zbagatelizować ostrzeżenie, uznając je za australijski przesąd. Współpracował już wcześniej z rdzennymi tropicielami w centralnych górach i choć szanował ich umiejętności, myśl, że ktokolwiek mógłby wykryć zasadzkę z odległości prawie 3 kilometrów, wydawała mu się w najlepszym razie mitem z pola bitwy, a w najgorszym niebezpiecznym złudzeniem.

Ale australijski dowódca patrolu, doświadczony sierżant, który służył z szeregowym Jackiem przez 11 miesięcy, po prostu skinął głową i zaczął kierować oddział inną trasą. Bez zadawania pytań, bez dyskusji, jakby wyczuwanie pozycji wroga przez 2 km potrójnej dżungli było najnaturalniejszą rzeczą na świecie.

To, co wydarzyło się później, miało prześladować Pentagon przez dziesięciolecia. To, co wydarzyło się w ciągu następnych 72 godzin, zostało utajnione przez wywiad Macyv na prawie trzy dekady. Patrol nie tylko uniknął zasadzki, ale okrążył pozycje Wietkonga i wezwał ostrzał artyleryjski, który wyeliminował 37 wrogich bojowników, nie powodując ani jednej straty po stronie australijskiej.

Kiedy później amerykańscy oficerowie wywiadu przesłuchiwali schwytanych ocalałych z Wietkongu, dowiedzieli się czegoś, co przeszyło dreszcze w środowisku operacji specjalnych Pentagonu. Wróg utrzymywał pozycję przez 6 dni, zachowując absolutną dyscyplinę w zakresie hałasu i przemieszczania się, bez ognisk, bez transmisji radiowych i z kamuflażem tak doskonałym, że rozpoznanie lotnicze dwukrotnie przeleciało nad nimi bez wykrycia.

Według wszelkich kryteriów współczesnej wojny, ta zasadzka powinna być niewykrywalna. Ale szeregowy Jack i tak ich wyczuł. Jednak nawet ten niemożliwy wyczyn był zaledwie przedsmakiem tego, co ten człowiek naprawdę potrafił. To historia, której oficjalne źródła historyczne nigdy nie opowiedziały. To opowieść o człowieku, którego zmysły na polu bitwy przeczyły naukowemu wyjaśnieniu i doprowadziły amerykańskich analityków wywiadu do wniosków, w które ledwo mogli uwierzyć.

I to właśnie wyjaśnia, dlaczego armia Stanów Zjednoczonych przez lata próbowała zrozumieć i ostatecznie nie udało jej się odtworzyć najbardziej niezwykłej, naturalnej zdolności tropienia, jaką kiedykolwiek udokumentowano we współczesnych operacjach specjalnych. Człowiek, który stał się znany jako „widmowy nos” prowincji Fuakai, urodził się w 1944 roku na farmie bydła tak odległej, że do najbliższego miasta trzeba było jechać 4 godziny drogami, które w zasadzie nie zasługiwały na to miano.

Jego wczesne lata nie zawierały niczego, co wskazywałoby na przyszłą wielkość. Był obojętnym uczniem, który wolał włóczyć się po buszu niż siedzieć w klasach. Nauczyciele opisywali go jako miłego, ale przeciętnego chłopca, którego ciągłe rozproszenie uwagi było czymś, co działo się za oknami klasy. W wieku 15 lat całkowicie rzucił szkołę, by pracować z ojcem, zajmując się hodowlą zwierząt gospodarskich na tak rozległym terenie, że pojedyncze ogrodzenie rozciągało się na 160 kilometrów.

Ale australijski interior nauczył go czegoś, czego żadna klasa nie byłaby w stanie uchwycić. Nauczyciele nie dostrzegli tego, czego standardowe wskaźniki edukacyjne nigdy nie były w stanie uchwycić – że młody Jack otrzymywał edukację o wiele bardziej odpowiadającą jego ostatecznemu powołaniu. Każdy dzień spędzony na tropieniu zabłąkanego bydła na australijskim interiorze ćwiczył jego zmysły w sposób, który oficerowie z wykształceniem uniwersyteckim mieli później trudności ze zrozumieniem.

Nauczył się odczytywać kierunek wiatru na podstawie zachowania trawy. Nauczył się rozpoznawać źródła wody na podstawie wzorców lotu ptaków, widocznych jedynie jako punkciki na tle bezkresnego błękitu nieba. Nauczył się wyczuwać obecność węży, zanim je zobaczy. Nauczył się przewidywać zmiany pogody na podstawie subtelnego zachowania zwierząt gospodarskich.

nawigować po bezkształtnym terenie, który w ciągu kilku godzin pozbawiłby mieszkańców miast możliwości beznadziejnego odnalezienia się. A potem był jego nos – dar, który pewnego dnia uczynił go legendą. Australijski outback uczy lekcji, których nie znajdzie się w żadnym podręczniku wojskowym. W środowisku, gdzie zły skręt może oznaczać odwodnienie i bolesny koniec, gdzie jadowite stworzenia czają się w każdym cieniu, gdzie odległości mierzy się nie kilometrami, ale dniami podróży.

Ludzkie zmysły albo się wyostrzają, albo człowiek ginie. Zmysły Jacka wyostrzyły się do tego stopnia, że ​​nawet jego koledzy ze stacji uznali to za niepokojące. W wieku 18 lat potrafił wyczuć dym z pożaru buszu na kilka godzin przed tym, jak pojawił się na horyzoncie. Potrafił rozpoznawać poszczególne sztuki bydła wyłącznie po zapachu.

Wyczuwał obecność dzikich świń w gęstych zaroślach bez żadnego wizualnego ani słuchowego potwierdzenia. Jego ojciec, małomówny człowiek, który sam spędził 40 lat na czytaniu busz, po prostu wzruszał ramionami, gdy sąsiedzi komentowali zdolności jego syna. „Niektórzy mężczyźni widzą lepiej” – powiedział. „Niektórzy mężczyźni słyszą lepiej. Jack lepiej wącha”. Wydawało mu się to równie nieistotne, jak fakt, że niektórzy mężczyźni są wyżsi od innych.

Dziwactwo biologii, nic więcej. Ale australijska armia miała spojrzeć na to zupełnie inaczej, a to odkrycie zmieniło wszystko. Kiedy Jack przybył do bazy szkoleniowej dla rekrutów w Kapuce w lutym 1966 roku, był dokładnie tym, czego australijskie wojsko szukało, nie do końca zdając sobie z tego sprawę. Zaangażowanie w Wietnamie szybko się rozwijało, a armia potrzebowała ludzi zdolnych do działania w warunkach dżungli, które w niczym nie przypominały europejskich pól bitewnych, dla których opracowano tradycyjną doktrynę. Sielankowe pochodzenie Jacka

Uczyniło go oczywistym kandydatem do piechoty. Jednak to podczas szkolenia podstawowego jego niezwykłe zdolności po raz pierwszy zwróciły uwagę opinii publicznej. Incydent, który zmienił jego trajektorię, miał miejsce podczas nocnych ćwiczeń nawigacyjnych w trzecim tygodniu szkolenia. Rekruci musieli pokonać 12-kilometrową trasę przez gęsty busz, używając jedynie kompasu i gwiazd, a instruktorzy rozmieszczeni wzdłuż trasy oceniali ich postępy.

Jack ukończył trasę w czasie o połowę krótszym niż jego najbliższy rywal. Ale to nie to zaskoczyło trenerów. Zaskoczyło ich jego wyjaśnienie, gdy zapytano go, jak udało mu się tak szybko poruszać po nieznanym terenie w niemal całkowitej ciemności. Podążył za zapachem instruktorów.

I nagle armia zdała sobie sprawę, że ma do czynienia z czymś bezprecedensowym. Początkowo starszy sierżant założył, że młody rekrut jest sprytny albo może kpi z ćwiczeń. Jednak szczere zdumienie Jacka tą reakcją jasno pokazało, że naprawdę nie rozumie, co w tym niezwykłego. Oczywiście, czuł zapach, którym przeszli instruktorzy.

Pasta do butów zostawiła ślad. Wydany środek odstraszający owady utworzył szlak. Tytoń z papierosów wypalonych kilka godzin wcześniej wciąż unosił się w prądach powietrza unoszących się w korytarzach drzew. Dla Jacka nawigacja po tych znacznikach zapachowych była tak naturalna i oczywista, jak podążanie utwardzoną drogą.

Personel szkoleniowy sporządził raport, który ostatecznie trafił do Komisji Selekcyjnej Pułku Specjalnych Sił Powietrznych (SAS). W ciągu 6 tygodni Jack otrzymał rozkaz stawienia się w koszarach Campbell w Swanborn w Australii Zachodniej, gdzie w dokumentach opisano jedynie ocenę pod kątem zadań specjalistycznych. Nie miał pojęcia, co go tam czeka, ale ludzie, którzy mieli go testować, doskonale wiedzieli, co zastali, i byli zdeterminowani, by wykorzystać jego umiejętności do granic możliwości.

Kurs kwalifikacyjny do Australijskiego Pułku Lotnictwa Specjalnego w połowie lat 60. XX wieku był już legendarny ze względu na swoją brutalność. Kandydaci byli poddawani przez trzy tygodnie karom fizycznym i psychicznym, mającym na celu złamanie każdego, kogo zaangażowanie w operacje specjalne nie było absolutne. Wskaźnik odejść regularnie przekraczał 70%. Mężczyźni, którzy byli mistrzami sportu, którzy z wyróżnieniem służyli w jednostkach konwencjonalnych i którzy mieli wszelkie widoczne kwalifikacje do elitarnej służby, w ciągu kilku dni zostali złamani i wyeliminowani. Jack prawie…

Nie zdał egzaminu z zupełnie nieoczekiwanego powodu. Jego sprawność fizyczna była zadowalająca, choć nie wyjątkowa. Jego umiejętności taktyczne rozwijały się prawidłowo. Jego odporność psychiczna zrobiła wrażenie na kadrze kierowniczej, która zauważyła, że ​​wydawał się niemal nadprzyrodzonym spokojem w warunkach, które sprowadzały innych kandydatów do drżących wraków. Jednak jego wyniki w standardowych testach inteligencji umieściły go w dolnej ćwiartce puli kandydatów, co rodzi poważne wątpliwości co do tego, czy posiadał on zdolności poznawcze niezbędne do podjęcia tego zadania.

Złożone decyzje, jakich wymagały operacje specjalne, wymagały jednak wysiłku w przetrwaniu. Ale potem nadeszła potrzeba przetrwania i wszystko, co komisja selekcyjna uważała za znane, pogrążyło się w chaosie. Kandydaci byli zrzucani indywidualnie na nieznany teren z minimalnym wyposażeniem i musieli unikać oddziału myśliwych, kierując się do punktu ewakuacyjnego oddalonego o 70 km.

Większość kandydatów potrzebowała pełnych 5 dni i przybyła wyczerpana, wygłodzona i ledwo funkcjonalna. Jack przybył w ciągu 53 godzin, nie tylko unikając Hunter Force, ale także śledząc i obserwując ich ruchy na tyle dokładnie, aby przekazać kadrze kierowniczej pełny opis ich schematów patroli, harmonogramów odpoczynku i dyspozycji taktycznych.

Zapytany, jak tego dokonał, Jack wydawał się autentycznie zdziwiony. Myśliwi używali amerykańskiego repelentu na owady o charakterystycznym składzie chemicznym. Ich paczki żywnościowe zawierały konkretną markę konserw mięsnych, która wydzielała charakterystyczny zapach odpadów. Skóra ich butów została potraktowana specjalnym związkiem, który pozostawiał ślady na roślinności nawet do 48 godzin.

Po prostu podążał za tymi wskaźnikami, dbając jednocześnie o to, by jego własny ślad zapachowy pozostał widoczny z wiatrem. Komisja selekcyjna nigdy wcześniej nie spotkała się z czymś podobnym, a konsekwencje były oszałamiające. Komisja zwołała nadzwyczajne posiedzenie tego samego wieczoru. Wyniki testu inteligencji zostały ponownie rozpatrzone w świetle tego, czego byli świadkami pracownicy.

Wniosek, do którego doszli, ukształtował całą karierę wojskową Jacka. Młodemu pracownikowi stacji owczej nie brakowało inteligencji. Działał z zupełnie inną formą inteligencji, taką, której standardowe wskaźniki nie były w stanie zmierzyć, a formalna edukacja nigdy nie próbowała go rozwijać. Jego procesy poznawcze były całkowicie zorientowane na świadomość środowiskową, na odczytywanie świata przyrody w sposób, o którym cywilizowana ludzkość w dużej mierze zapomniała.

W betonowych dżunglach współczesnych miast te informacje byłyby bezużyteczne. W prawdziwych dżunglach Azji Południowo-Wschodniej. Mogłyby się okazać cenniejsze niż jakakolwiek doktryna taktyczna, jaką kiedykolwiek opracowała armia. Jack został przyjęty do SAS z najniższymi wynikami testów pisemnych w historii pułku. Stworzył jeden z najbardziej niezwykłych rekordów operacyjnych, jakie pułk kiedykolwiek widział.

Ale prawdziwa edukacja, szkolenie, które miało go przeobrazić w coś, z czym wróg nigdy nie miał do czynienia, dopiero się zaczynało. Kiedy Jack przybył do Wietnamu Południowego w sierpniu 1967 roku w ramach rotacji trzech eskadr, miał otrzymać instrukcje od nauczycieli, których wiedza wyprzedzała osadnictwo europejskie o dziesiątki tysięcy lat.

Armia australijska po cichu włączyła aborygeńskich tropicieli do swoich operacji w Wietnamie. Mężczyźni, których przodkowie polowali na kontynencie australijskim jeszcze przed budową egipskich piramid. Ci tropiciele posiadali umiejętności, które brytyjscy kolonizatorzy odrzucili jako prymitywne, ale które okazały się miażdżąco skuteczne w walce z Wietkongiem.

Starszym tropicielem przydzielonym do patrolu Jacka był Tommy, członek plemienia Pidgea Jara, którego plemienne ziemie w środkowej Australii sprawiały, że australijski outback w Queensland wyglądał jak podmiejski ogród. Tommy spędził pierwsze 30 lat swojego życia w społeczności, która wciąż praktykowała tradycyjne metody łowieckie. Tropił zwierzynę w terenie, gdzie źródła wody mogły być oddalone od siebie o setki kilometrów, a różnica między znalezieniem pożywienia a głodem mogła zależeć od odczytania śladu pozostawionego 3 dni wcześniej. A kiedy Tommy po raz pierwszy…

Jack zauważył coś, czego żaden zachodni instruktor nie widział. Kiedy Tommy po raz pierwszy zaobserwował próby śledzenia Jacka podczas patroli w dżungli, nic nie powiedział. Żołnierze SAS nauczyli się, że Tommy komunikuje się głównie poprzez demonstrację, a nie wyjaśnienia, i że jego milczenie często zawierało więcej wskazówek niż słowa wykładowcy.

Ale po dwóch tygodniach patroli, Tommy podszedł do Jacka podczas postoju i powiedział coś, co zmieniło postrzeganie przez młodego żołnierza tego, co jest możliwe. „Pachniesz jak biały” – powiedział Tommy. „Ale myślisz jak czarny. Mogę cię nauczyć, jeśli chcesz”. To, co nastąpiło, zmieniło Jacka z utalentowanego tropiciela w kogoś, czego dżungla nigdy nie widziała.

Potem nastąpiła edukacja, jakiej nie zapewniłaby żadna akademia wojskowa na świecie. Tommy nauczył Jacka, że ​​dżungla to nie wrogie środowisko, którego należy się bać i nad którym należy dominować, ale biblioteka informacji czekających na odczytanie. Każda złamana gałązka opowiadała historię. Każdy naruszony liść rejestrował jakiś fragment. Każdy zapach niósł ze sobą dane, które wyćwiczony nos potrafił rozszyfrować niczym lingwista czytający starożytne teksty.

Ale Tommy poszedł dalej niż tylko praktyczne wskazówki. Podzielił się z Jackiem koncepcją, którą stosowali aborygeńscy tropiciele, aby zrozumieć swoją relację z ziemią. Światopoglądem, w którym myśliwy i ofiara byli połączeni niewidzialnymi nićmi zapachu, dźwięku i ducha, wykraczającymi poza zachodnie kategorie percepcji.

Tommy nie mówił o mistycyzmie ani magii. Mówił o uwadze, o nauce postrzegania tego, co już było obecne, ale ignorowane, o wyciszaniu wewnętrznego szumu, który cywilizowana ludzkość myliła ze świadomością, aż w końcu dało się usłyszeć subtelne sygnały otoczenia. Pozostali operatorzy SAS zauważyli zmiany u Jacka w ciągu kilku tygodni.

Zaczął poruszać się inaczej w dżungli, jego kroki stały się niemal bezgłośne, a ciało płynęło przez roślinność, zamiast się przez nią przedzierać. Zaczął ustawiać się w patrolach, kierując się kierunkiem wiatru, a nie doktryną taktyczną. Zaczął wygłaszać oświadczenia na temat obecności wroga, które wydawały się domysłami, ale okazywały się trafne z niepokojącą spójnością.

Wietkong również zaczął to zauważać, choć nie miał pojęcia, co ich ściga. Siły komunistyczne działające w prowincji Puaktui rozwinęły rozległe sieci wywiadowcze, które monitorowały australijskie patrole i próbowały przewidywać ich ruchy. Przez większość 1966 roku i początek 1967 roku sieci te zapewniały odpowiednio wczesne ostrzeganie przed operacjami SAS, umożliwiając głównym jednostkom unikanie kontaktu, a lokalnym partyzantom przygotowywanie zasadzek.

Australijczycy byli skutecznymi wojownikami, przyznawali dowódcy VC, ale byli przewidywalnymi wojownikami, których europejskie pochodzenie czyniło ich zrozumiałymi dla tych, którzy rozumieli kolonialną myśl wojskową. Potem coś się zmieniło i wróg nie potrafił wyjaśnić, co się dzieje. Wewnętrzne dokumenty VC, zdobyte później w trakcie wojny, ujawniły narastający niepokój związany z tym, co lokalni dowódcy nazywali „patrolami widmowymi”.

Australijskie jednostki zaczęły pojawiać się w miejscach, których nie dało się przewidzieć. Zasadzki, przygotowane z perfekcyjną dyscypliną, zostały w niewytłumaczalny sposób uniknięte. Ukryte przez lata kryjówki z zaopatrzeniem zostały nagle odkryte i zniszczone. Co najbardziej niepokojące, komunistyczni żołnierze zaczęli znikać z pozycji, które – jak przysięgali ich towarzysze – nie zostały naruszone.

Zrobione bezgłośnie w nocy. Ich nieobecność odkryto dopiero podczas porannego apelu. Jeden z przechwyconych dokumentów wyraźnie wspominał o pojedynczym australijskim żołnierzu, który zdawał się posiadać nadprzyrodzoną świadomość. Dokument opisywał incydent, w którym zespół rozpoznawczy Wietkongu obserwował australijski patrol z odległości około 800 m, pozostając nieruchomo w idealnym ukryciu, gdy jeden z żołnierzy z patrolu nagle się zatrzymał, odwrócił w ich stronę i wpatrywał się w nich przez prawie całą minutę, zanim patrol zmienił pozycję.

Obrali kurs, aby ominąć ten obszar. Dowódca zespołu rozpoznawczego był absolutnie pewien, że nie wydali żadnego dźwięku, nie poruszyli się, nie pozostawili po sobie żadnego śladu. A jednak w jakiś sposób zostali wykryci. Jedynym wytłumaczeniem, jakie siły komunistyczne mogły wymyślić, była zdrada. Prawda była jednak o wiele bardziej przerażająca.

VC wszczęło śledztwo. Podejrzani informatorzy zostali przesłuchani, a w niektórych przypadkach straceni. Możliwość, że pojedynczy żołnierz mógł po prostu wyczuć ich obecność w dżungli oddalonej o 800 metrów, była zbyt nieprawdopodobna, by ją brać pod uwagę. Ale Jack nie otrzymał żadnego raportu wywiadowczego. Po prostu ich wyczuł.

Mechanizm działania Jacka stał się ostatecznie przedmiotem intensywnych badań naukowców wojskowych, którzy z trudem próbowali wyjaśnić jego możliwości w ramach konwencjonalnego rozumienia ograniczeń ludzkiej zmysłowości. Przeciętny człowiek potrafi wyczuć pewne zapachy w stężeniu kilku cząstek na miliard. Doświadczeni perfumiarze i znawcy wina potrafią rozróżnić setki odrębnych sygnatur zapachowych, ale zdolności Jacka zdają się działać na zupełnie innej skali.

Testy przeprowadzone po wojnie w obiektach Australijskich Sił Obronnych ujawniły wyniki, które wydawały się niemożliwe do osiągnięcia. Jack potrafił niezawodnie wykryć obecność człowieka z odległości przekraczającej 500 m przy sprzyjających warunkach wietrznych. Potrafił odróżnić zapach ciała Wietnamczyków od zapachów zachodnich z odległości, gdzie identyfikacja wzrokowa była niemożliwa. Potrafił określić, jak dawno szlak był używany z dokładnością równą lub przewyższającą wyniki badań tropienia fizycznego.

A co najdziwniejsze, potrafił wykryć chemiczne sygnatury strachu i agresji w ludzkim pocie, co pozwoliło mu ocenić stan psychiczny osób, których nie widział, nie słyszał ani nie mógł obserwować. Naukowcy wojskowi starali się wyjaśnić te zdolności za pomocą konwencjonalnej fizjologii, a ich wnioski były niepokojące.

Ludzki układ węchowy, choć bardziej złożony niż się powszechnie uważa, nie został zaprojektowany do działania w takim zakresie ani z taką precyzją. Niektórzy badacze sugerowali, że Jack posiadał mutację genetyczną, która wpływała na jego receptory węchowe. Inni sugerowali, że jego dzieciństwo spędzone w bogatym w bodźce sensoryczne środowisku outbacku w jakiś sposób aktywowało uśpione zdolności, które zostały stłumione przez cywilizowane wychowanie.

Niektórzy nawet wysnuli teorię, że szkolenie z aborygeńskimi tropicielami dało mu ramy koncepcyjne, które pozwoliły jego mózgowi przetwarzać informacje alektoryczne wydajniej niż typowe zachodnie procesy poznawcze. Sam Jack nie podał żadnego wyjaśnienia. Zapytany, jak to robi, zazwyczaj odpowiadał ze zdziwieniem.

Po prostu zwracał uwagę. Powiedział, że zauważył to, co było warte uwagi. Fakt, że inni nie dostrzegali tych samych rzeczy, zdumiewał go o wiele bardziej niż jego własne umiejętności naukowców. Ale bez względu na wyjaśnienie, rezultaty na polu bitwy były niezaprzeczalne, a jego największa próba zbliżała się wielkimi krokami. Patrol, który ugruntował reputację Jacka w całym Dowództwie Operacji Specjalnych MacV, odbył się w październiku 1968 roku, w okresie, gdy siły komunistyczne próbowały odbudować swoją infrastrukturę po katastrofalnych stratach poniesionych w ataku terrorystycznym na Ted.

ofensywa. Wywiad wskazał, że wysoki rangą oficer armii północnowietnamskiej podróżował przez prowincję Fuaktoy, aby koordynować odbudowę lokalnych oddziałów Wietkonga, a dowództwa amerykańskie i australijskie desperacko starały się go przechwycić. Problem polegał na tym, że nikt nie wiedział, gdzie będzie przebywał.

Oficer Wietnamskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej (NVA) podróżował z niewielkim oddziałem ochrony przez obszar około 400 kilometrów kwadratowych gęstej dżungli, zmieniając nieprzewidywalnie trasę i korzystając z pomocy lokalnych przewodników, którzy doskonale znali teren. Amerykańskie jednostki próbowały śledzić jego ruchy za pomocą sygnałów, danych wywiadowczych i rozpoznania lotniczego, ale wielokrotnie traciły kontakt.

Dżungla po prostu go pochłonęła. Patrol Jacka został wysłany helikopterem na obszar, gdzie ostatnio zgłoszono cel, z rozkazem zlokalizowania i obserwacji oddziału NVA oraz wezwania oddziału uderzeniowego, jeśli przechwycenie okaże się możliwe. To, co wydarzyło się w ciągu następnych 5 dni, stało się obowiązkową lekturą w australijskich szkoleniach sił specjalnych na dziesięciolecia.

Drugiego dnia patrolu Jack wyczuł sygnaturę zapachową, którą opisał dowódcy patrolu jako świeżego Wietnamczyka. Kilka osobników, w tym jeden z zakażoną raną, jadło ostatnio ryż gotowany w specyficznym sosie rybnym, popularnym w Wietnamie Północnym, a nie w południowych odmianach, typowo używanych przez miejscową ludność.

Dowódca patrolu, przyzwyczajony już do umiejętności Jacka, natychmiast dostosował ruch, aby podążać za tym śladem zapachowym. Przez 3 dni patrol śledził oddział NVA w jednym z najtrudniejszych terenów w prowincji. Jack nawigował wyłącznie za pomocą zapachu w obszarach, gdzie wizualny ślad całkowicie zanikał, gdzie cele wykorzystywały strumienie wody do maskowania drogi, gdzie celowo cofały się i krążyły, aby zmylić pościg.

Żaden z tych środków zaradczych nie zadziałał. Jack podążał za tropem niczym pies gończy za zbiegiem, nie gubiąc tropu dłużej niż kilka godzin i zawsze go odzyskując, gdy zmieniał się wiatr. Piątego dnia myśliwi w końcu dopadli swoją ofiarę. Patrol zlokalizował oddział NVA przygotowujący się do przeprawy przez rzekę w miejscu, gdzie korony drzew rozstąpiły się na tyle, że mógł wlecieć helikopter.

Jack ustawił patrol z wiatrem, tak aby ich własny zapach nie zaalarmował celów. Wezwano oddział uderzeniowy. Akcja była idealna, jak na podręcznik. Oficer NVA i trzech z czterech jego ochroniarzy zostali wyeliminowani w starciu trwającym niecałe 90 sekund. Czwarty, żywy członek ochroniarzy miał dostarczyć informacji wywiadowczych, które doprowadziły do ​​rozbicia siatki odpowiedzialnej za koordynację ataków w całej prowincji.

Kiedy amerykańscy oficerowie łącznikowi zdawali relację z patrolu, początkowo byli sceptyczni. Tropienie celu wyłącznie zapachem przez 400 kilometrów kwadratowych dżungli, pokonując przeszkody wodne i stosując celowe środki przeciwdziałające przez pięć kolejnych dni wydawało się historią wojenną, która z każdym kolejnym opowiadaniem stawała się coraz bardziej imponująca.

Ale dowody były niezaprzeczalne. Rejestry ruchu patrolu wskazywały na skuteczność śledzenia, której nie dało się wytłumaczyć żadną konwencjonalną metodą. Schwytany więzień potwierdził, że grupa wykorzystała wszelkie znane techniki, aby uniknąć śledzenia i była przekonana, że ​​nie jest śledzona. Raport American Afteraction zawierał jedno zdanie, które przez lata było cytowane w raportach wywiadowczych.

Australijski agent posiada zdolności śledzenia przewyższające wszelkie znane ludzkie możliwości i powinien być uważany za strategiczne źródło wywiadowcze. Jack właśnie stał się najcenniejszym szpiegiem w wojnie w Wietnamie, a Amerykanie byli zdeterminowani, aby go pozyskać. Na początku 1969 roku wieść o możliwościach Jacka dotarła do najwyższych szczebli dowództwa operacji specjalnych Macv, a za pośrednictwem kanałów dyplomatycznych wywierano intensywną presję, aby zapewnić jego przydział do jednostek amerykańskich.

Grupa Studiów i Obserwacji, ultratajna organizacja prowadząca operacje transsyberyjskie w Laosie i Kambodży, szczególnie desperacko pragnęła pozyskać jego usługi. W związku z tym zespoły G ponosiły katastrofalne straty w operacjach, w których wcześniejsze ostrzeżenie o pozycjach wroga mogło zadecydować o sukcesie misji lub jej całkowitej eliminacji.

Australijskie wojsko wielokrotnie odrzucało te prośby. Powoływali się na wartość Jacka dla własnych operacji i obawiali się narażenia go na znacznie bardziej agresywne tempo działań amerykańskich. Jednak presja nie ustawała i ostatecznie osiągnięto kompromis. Jack miał zostać przydzielony do wspólnego patrolu australijsko-amerykańskiego, prowadzącego operacje na obszarze, na którym interesy obu państw się pokrywały.

Amerykanie mieliby okazję zaobserwować jego metody na własne oczy. Australijczycy zachowaliby kontrolę operacyjną. Wydarzenia podczas tego patrolu stałyby się jednym z najbardziej kontrowersyjnych epizodów w historii alianckich operacji specjalnych w Wietnamie i miałyby prześladować każdego zaangażowanego w nie człowieka.

Zadaniem patrolu było zlokalizowanie domniemanego centrum logistycznego Armii Północnego Wietnamu, głęboko w dżungli na północny zachód od australijskiego obszaru odpowiedzialności taktycznej. Wywiad sugerował, że obiekt był silnie broniony i skutecznie unikał wykrycia przez ponad 18 miesięcy, pomimo intensywnych wysiłków w celu jego zlokalizowania. Amerykańscy członkowie połączonego patrolu to czteroosobowy zespół z Grupy Studiów i Obserwacji Dowództwa Wsparcia Wojskowego w Wietnamie.

Weterani z bogatym doświadczeniem w najniebezpieczniejszych operacjach wojny. Byli sceptyczni co do zgłaszanych umiejętności Australijczyków, ale na tyle profesjonalni, by wstrzymać się z osądem. Jack wykrył wrogą instalację trzeciego dnia patrolu, gdy zespół znajdował się jeszcze około 9 km od podejrzewanej lokalizacji.

Zgłosił zapach oleju napędowego, ludzkich odchodów pochodzących ze skupisk ludności oraz charakterystyczny ślad chemiczny konserwowanej żywności składowanej w dużych ilościach. Amerykański dowódca zespołu wyraził wątpliwość, czy którykolwiek z tych zapachów da się wyczuć z takiej odległości, ale patrol skorygował kurs zgodnie ze wskazówkami Jacka.

Przez kolejne dwa dni Jack prowadził patrol przez labirynt wrogich stanowisk bezpieczeństwa, które byłyby niewykrywalne za pomocą konwencjonalnych metod rozpoznania. Dwukrotnie zatrzymywał patrol i kierował go w stronę stanowisk nasłuchowych, które zostały ustawione w idealnym ukryciu. Raz zidentyfikował wrogi patrol poruszający się po przecinającym się kursie.

Pełne 40 minut przed jakimkolwiek kontaktem wzrokowym lub słuchowym, co pozwoliło połączonemu zespołowi na zajęcie pozycji zasadzki, która wyeliminowała siedmiu żołnierzy północnowietnamskich bez strat. Sceptycyzm członków amerykańskiego zespołu nie tylko wyparował. Przekształcił się w coś graniczącego z podziwem.

W raportach po akcji opisywali zachowanie Jacka w sposób graniczący z niedowierzaniem. Jeden z operatorów napisał, że praca z Australijczykiem była jak dostęp do biologicznego radaru. Inny porównał go do psa myśliwskiego, po czym wykreślił porównanie i zastąpił je spostrzeżeniem, że żaden pies, z którym kiedykolwiek pracował, nie posiadał takiej zdolności rozróżniania ani zasięgu jak Jack.

Najważniejszą obserwację poczynił jednak dowódca zespołu, starszy chorąży, który spędził 8 lat w operacjach specjalnych i zetknął się z każdą metodą śledzenia opracowaną przez amerykańskie wojsko. Jego raport zakończył się rekomendacją, która zszokowała jego przełożonych w MACV. Stany Zjednoczone powinny porzucić obecne podejście do śledzenia w dżungli i rozpocząć systematyczne badania metod stosowanych przez siły australijskie, ze szczególnym uwzględnieniem integracji wiedzy Aborygenów na temat śledzenia i ich…

identyfikacja osób o pozornie niezwykłych zdolnościach sensorycznych. Zalecenie zostało sklasyfikowane na najwyższym szczeblu i nigdy nie zostało wdrożone. Instytucjonalny opór przed przyznaniem, że australijscy Buszmeni mogą mieć coś do przekazania amerykańskim siłom specjalnym, był po prostu zbyt silny.

Jednak kopie raportu krążyły nieformalnie wśród operatorów SOG, tworząc legendę, która przetrwała długo po zakończeniu wojny, a sam patrol miał napotkać coś, co wystawi na próbę umiejętności Jacka w sposób, którego nikt się nie spodziewał. Patrol dotarł do węzła logistycznego szóstego dnia i potwierdził jego lokalizację poprzez bezpośrednią obserwację.

Obiekt był większy, niż szacował wywiad, mieszcząc nie tylko magazyny zaopatrzenia, ale także szpital polowy, centrum łączności i kwatery dla około 200 osób. Informacje zebrane podczas rozpoznania doprowadziły do ​​jednego z najskuteczniejszych nalotów w całej wojnie, niszcząc zapasy i infrastrukturę, których odbudowa zajęła Wietnamowi Północnemu ponad rok.

Ale podczas tej obserwacji wydarzyło się coś, co miało dręczyć Jacka do końca życia. Podczas gdy patrol był ukryty w miejscu, skąd roztaczał się widok na wrogą bazę, Jack wyczuł zapach, który nauczył się rozpoznawać z przerażającą precyzją. Gdzieś w tym ośrodku umierał człowiek. Nie z powodu obrażeń odniesionych w walce, ale z powodu choroby.

Specyficzna kombinacja produktów ubocznych metabolizmu, które dotarły do ​​jego nosa, najprawdopodobniej była zaawansowaną postacią malarii, która atakuje mózg i w ciągu kilku dni, jeśli nie jest leczona, zabija ofiary. Zapach dochodził z miejsca, które najprawdopodobniej było więziennym aresztem.

Więzień był prawie na pewno Amerykaninem. Jack przekazał swoją obserwację dowódcy patrolu, który stanął przed niemożliwą do podjęcia decyzją. Ich misją było rozpoznanie, a nie ratunek. Byli w mniejszości w stosunku około 40 do 1. Jakakolwiek próba uwolnienia więźnia podważyłaby wartość wywiadowczą ich misji i prawie na pewno doprowadziłaby do utraty całego patrolu.

Słuszna decyzja taktyczna była oczywista. Zostawili więźnia. Nalot zniszczył ośrodek 3 dni później. Z wraku nie odnaleziono żadnego amerykańskiego więźnia. Nigdy nie ustalono, czy mężczyzna, którego Jack smród wyczuł, przeżył bombardowanie, zmarł na chorobę przed atakiem, czy też został stracony przez porywaczy w momencie rozpoczęcia ataku.

Jego tożsamość nigdy nie została potwierdzona. Po prostu zniknął w statystykach wojennych. Kolejna zaginiona osoba wśród tysięcy. Jack rozumiał konieczność podjęcia tej decyzji. Nawet się z nią zgadzał. Ale zrozumienie i zgoda nie powstrzymały go przed prześladowaniem tej świadomości. Wyczuł śmierć drugiego człowieka, posiadał informacje, które mogły uratować życie, a nic nie zrobił.

Fakt, że jakikolwiek inny wybór byłby nieodpowiedzialny z wojskowego punktu widzenia, nie pocieszał go o trzeciej nad ranem, gdy wspomnienie to nieproszone wypłynęło na powierzchnię. To był ciężar świadomości, do którego nie przygotowało go żadne szkolenie i który powoli go niszczył od wewnątrz. Ostatnie miesiące służby Jacka w Wietnamie charakteryzowały się przyspieszeniem zarówno tempa działań, jak i pogorszeniem stanu psychicznego.

Jego reputacja rozprzestrzeniła się po całym Dowództwie Operacji Specjalnych Aliantów, a prośby o przydzielenie go do kluczowych misji napływały szybciej, niż australijskie dowództwo mogło je odrzucić. W ciągu ostatnich 6 miesięcy pobytu w kraju wziął udział w ponad 40 patrolach, ponad dwukrotnie przekraczając normalną częstotliwość operacyjną, wykrywając pozycje wroga, które w przeciwnym razie doprowadziłyby do dziesiątek ofiar wśród Australijczyków i Amerykanów.

Jednak narastający stres dawał się we znaki nawet Jackowi, którego nie mógł już dłużej ukrywać. Członkowie patrolu donosili, że Jack stawał się coraz bardziej cichy, czasami całymi dniami nie odzywając się, poza raportowaniem obserwacji sensorycznych. Przestał jadać posiłki ze swoją jednostką, zamiast tego spożywając racje żywnościowe samotnie na skraju obwodu, gdzie mógł pozostać pod wiatr od swoich towarzyszy.

Zaczął mieć trudności z zasypianiem, zgłaszając, że wspomnienia zapachów z poprzednich operacji nawiedzały go za każdym razem, gdy zamykał oczy. Patrolujący sanitariusz odnotował objawy, których żaden wojskowy psychiatra nigdy wcześniej nie udokumentował. U Jacka najwyraźniej rozwijały się objawy, które później uznano za klasyczne objawy stresu pourazowego, ale w formie charakterystycznej dla jego niezwykłych zdolności.

Jego trauma nie była głównie wzrokowa ani słuchowa. Wszystko było spowodowane przez fabrykę. Prześladowały go zapachy. Specyficzne sygnatury zapachowe poszczególnych ludzi, którzy żyli na początku patrolu, a nie żyli do jego końca. Te wspomnienia zapachowe okazały się o wiele trwalsze niż wspomnienia wzrokowe czy słuchowe.

Lata po zakończeniu wojny, specyficzna kombinacja wilgoci, roślinności i ludzkiego potu potrafiła przenieść Jacka z powrotem do konkretnych chwil z taką wyrazistością, że teraźniejszość wydawała się iluzją. Jednak Jack nigdy nie prosił o przeniesienie z operacji bojowych, niezależnie od tego, jak bardzo dręczyły go wspomnienia. Niezależnie od psychologicznego obciążenia, jakie narzucały mu jego zdolności, rozumiał, że ratują życie.

Każda zasadzka wykryta z daleka była patrolem, który powrócił nietknięty. Każda pozycja wroga zlokalizowana przed kontaktem była walką stoczoną na australijskich warunkach. Koszt jego własnego dobrobytu był, w jego ocenie, akceptowalny w porównaniu z alternatywą. To było ciche bohaterstwo, które nigdy nie trafiło do oficjalnych odznaczeń.

Poświęcił własne zdrowie psychiczne dla życia swoich braci. Australijskie dowództwo ostatecznie nakazało Jackowi wycofanie się z działań bojowych w marcu 1970 roku, pomimo jego stanowczych sprzeciwów. Został przydzielony do kadry szkoleniowej w bazie SAS w Nuiidat, gdzie jego wiedza mogła być przekazywana nowym operatorom bez narażania go na dalszy stres w terenie.

Wszyscy zaangażowani w sprawę zdawali sobie sprawę, że jego kariera bojowa dobiegła końca. Niezależnie od tego, jakie niezwykłe zdolności posiadał, zostały one wystawione na próbę. Jednak nawet w roli trenera Jack nadal wykazywał zdolności, które wymykały się konwencjonalnym wyjaśnieniom. Potrafił ocenić potencjał taktyczny nowych operatorów w ciągu kilku minut od spotkania, najwyraźniej na podstawie węchowych wskaźników ich reakcji na stres i stanów fizjologicznych.

Potrafił przewidzieć, którzy żołnierze dobrze sobie poradzą pod presją, a którzy zdobędą przewagę z dokładnością przewyższającą wszelkie testy psychologiczne opracowane przez armię. Potrafił identyfikować żołnierzy ukrywających przed przełożonymi obrażenia lub choroby, czasami zanim sami żołnierze zdali sobie sprawę z problemu.

Dowódca ośrodka szkoleniowego SAS napisał później, że obecność Jacka w kadrze instruktorskiej była jak połączenie żywego wykrywacza kłamstw z medycznym systemem diagnostycznym i taktycznym silnikiem intuicji. Potrafił odczytywać ludzi w sposób, który wydawał się niemal nadprzyrodzony. Ale wojna dobiegała końca, a wojna Jacka już się skończyła.

Choć najtrudniejsza walka wciąż była przed nim, wrócił do Australii w 1971 roku i próbował wrócić do normalnego życia. Próba ta zakończyła się niepowodzeniem. Zdolności sensoryczne, które uczyniły go nieocenionym w dżungli, sprawiły, że życie cywila stało się niemal nie do zniesienia. Miasta przytłaczały go kakofonią zapachów, spalin samochodowych, procesów przemysłowych, tysiącami ludzi zgromadzonych w bliskim sąsiedztwie, z których każdy transmitował swoje emocje przez skórę.

Nie mógł wejść do centrum handlowego, nie będąc atakowanym przez strach, stres i nieszczęście tłumu. Nie mógł usiąść w restauracji, nie wiedząc, którzy z jego współbiesiadników są chorzy, którzy pod wpływem alkoholu, którzy doświadczają stresu emocjonalnego. Umiejętności, które uczyniły go legendą w walce, przekształciły zwykłe życie cywila w formę tortury, która nigdy się nie kończy.

Jack zrobił więc jedyną możliwą rzecz. Uciekł. Wycofał się na australijskie pustkowie Queensland, kupując niewielką posiadłość w miejscu na tyle oddalonym, że najbliższy sąsiad był oddalony o ponad 20 kilometrów. Tam, w tym samym środowisku, w którym rozwinęły się jego zdolności, odnalazł coś na kształt spokoju.

Busz przemówił do niego językiem, który rozumiał, językiem pozbawionym oszustwa i zawiłości, językiem wiatru i pogody oraz szczerą obecnością zwierząt, żyjących swoim życiem bez emocjonalnych turbulencji typowych dla ludzkiego społeczeństwa. Weterani, którzy służyli z nim, od czasu do czasu go odwiedzali, odbywając długą podróż w głąb australijskiego buszu, aby spędzić czas z człowiekiem, który uratował im życie, a oni nawet nie wiedzieli, jak blisko byli jego utraty.

Te spotkania były cichymi wydarzeniami, naznaczonymi długim milczeniem i niewypowiedzianym zrozumieniem. Weterani nie pytali Jacka o jego umiejętności, a on nie udzielał wyjaśnień. To, co dzielili w dżungli, było poza zasięgiem słów, a słowa tylko to umniejszały. Australijska armia okresowo kontaktowała się z nimi w ciągu kolejnych dekad, mając nadzieję na udokumentowanie metod Jacka i być może zidentyfikowanie innych osób o podobnym potencjale.

Jack współpracował w ograniczonym zakresie, uczestnicząc w testach i udzielając wywiadów badaczom wojskowym, ale sprzeciwiał się wszelkim próbom przekształcenia swoich umiejętności w formalny program. Twierdził, że to, co potrafił, nie było czymś, czego można nauczyć w szkole ani zmierzyć w laboratorium.

Wymagało to całego życia skupionego na świecie przyrody. Wymagało gotowości do porzucenia kojących iluzji, którymi cywilizowana ludzkość izolowała się od rzeczywistości. Wymagało w istocie stania się czymś, czemu współczesne społeczeństwo zostało stworzone, by zapobiec. Naukowcy odeszli sfrustrowani. Wojsko w końcu przestało pytać, a Jack został sam ze swoim darem i duchami.

Historia szeregowca Jacka byłaby niepełna bez odpowiedzi na pytanie, które w końcu zadaje sobie każdy słuchacz. Czy on naprawdę istniał? Odpowiedź jest skomplikowana, odzwierciedlając naturę historii operacji specjalnych. Australijski SAS utrzymuje w ścisłej tajemnicy tożsamość i umiejętności swoich operatorów, zarówno w celu ochrony żyjących weteranów, jak i zapewnienia bezpieczeństwa operacyjnego metod, które mogą być nadal w użyciu.

Poszczególni żołnierze, którzy służyli w Wietnamie, potwierdzili istnienie tropiciela o niezwykłych zdolnościach, odpowiadających opisowi przedstawionemu w tej relacji. Zdobyte dokumenty wroga wspominają o patrolach widmowych i nadprzyrodzonej świadomości niektórych australijskich żołnierzy. Amerykańskie raporty po zakończeniu działań wojennych opisują australijskie zdolności tropiciela, które przewyższały wszystko, co znane było siłom amerykańskim.

Jednak konkretna osoba, którą tu zidentyfikowano jako szeregowego Jacka, może być postacią złożoną. Łączenie umiejętności i doświadczeń kilku wyjątkowych tropicieli w jedną narrację było powszechną praktyką w narracjach wojskowych, gdzie potrzeba ochrony tożsamości wymagała niekiedy stworzenia reprezentatywnych postaci, których historie można było opowiedzieć bez narażania na szwank życia żywych osób.

Australijskie Siły Obronne nie potwierdziły ani nie zaprzeczyły istnieniu tej konkretnej osoby, co samo w sobie jest wymowne w organizacji, która zazwyczaj bez wahania odrzuca nieprawdziwe relacje. Można z pewnością stwierdzić, że australijski SAS wyprodukował nadajniki w czasie wojny w Wietnamie, których możliwości wydają się nie do wyjaśnienia naukowego.

Ci ludzie rzeczywiście wykryli pozycje wroga z odległości, które konwencjonalne rozumienie ludzkich ograniczeń sensorycznych uznałoby za niemożliwe. Zintegrowali wiedzę Aborygenów na temat śledzenia z zachodnim szkoleniem wojskowym w sposób, który stworzył coś naprawdę nowego. I osiągnęli wyniki operacyjne, których amerykańskie siły dysponujące znacznie większymi zasobami nie byłyby w stanie powtórzyć.

To, czy wszystkie te zdolności tkwiły w jednej, niezwykłej osobie, czy też były rozproszone wśród kilku wyjątkowych żołnierzy, zmienia zapis historyczny, ale nie zmienia fundamentalnej prawdy tej historii. Australijskie podejście do walki w dżungli pozwoliło na stworzenie ludzkich sensorów, które przewyższały wszystko, co technologiczne supermocarstwo Stanów Zjednoczonych mogło wdrożyć.

Prawda ta niesie ze sobą implikacje wykraczające daleko poza Wietnam. Ostatni rozdział historii Jacka, czyli historii żołnierzy, których doświadczenia reprezentuje, pozostaje w dużej mierze niezapisany, ponieważ sięga czasów współczesnych, które jeszcze nie stały się historią. Przez dekady po wojnie w Wietnamie siły specjalne na całym świecie zmagały się z pytaniem, które uosabiał Jack.

Czy współczesne szkolenie wojskowe może kiedykolwiek wykształcić taką świadomość ekologiczną, jaką tradycyjne kultury łowieckie rozwijały przez tysiące lat? Amerykańskie wojsko zainwestowało miliardy dolarów w technologiczne rozwiązania problemu śledzenia. Drony, czujniki, satelity i sztuczna inteligencja zapewniają obecnie możliwości, które żołnierzom przemierzającym dżungle Azji Południowo-Wschodniej wydawałyby się science fiction.

Jednak operatorzy w Afganistanie, Iraku i niezliczonych innych konfliktach wciąż wpadają w pułapki wrogów, którzy rozumieją swoje otoczenie lepiej, niż jakakolwiek technologia jest w stanie je zmapować. Podstawowa asymetria, którą wykorzystał Jack – przepaść między społeczeństwami żyjącymi w naturze a tymi, które jedynie przez nią podróżują – pozostaje aktualna jak nigdy dotąd.

Niektóre jednostki sił specjalnych próbowały włączyć tradycyjną wiedzę o tropieniu do swoich programów szkoleniowych, ale z mieszanymi rezultatami. Umiejętności, których rozwój w tradycyjnych kulturach zajmuje całe życie, nie da się sprowadzić do trzytygodniowego kursu, niezależnie od jego intensywności. Ram koncepcyjnych, których aborygeńscy tropiciele używają do zrozumienia swojej relacji z ziemią, nie da się sprowadzić do wypunktowanych punktów w podręczniku, a zdolności sensoryczne, które niektóre jednostki rozwijają przez dziesięciolecia uważnego zanurzenia w dzikim środowisku.

Nie da się symulować ani przyspieszać. Jack rozumiał to ograniczenie lepiej niż ktokolwiek inny, a jego ostatnie słowa na ten temat mają wagę, którą planiści wojskowi powinni wziąć pod uwagę. Zapytany pod koniec życia, czy australijskie wojsko powinno spróbować stworzyć więcej nadajników takich jak on, podobno roześmiał się i pokręcił głową.

„Nie możesz stworzyć tego, kim jestem” – powiedział. „Możesz to rozpoznać tylko wtedy, gdy się pojawi. A potem musisz mieć mądrość, by to właściwie wykorzystać, co jest trudniejsze niż znalezienie tego w ogóle”. Zmarł w 2009 roku w swojej posiadłości na australijskim pustkowiu Queensland, otoczony buszem, który go ukształtował, i ciszą, która stała się jego najwierniejszym towarzyszem.

Jego historia służby pozostaje tajna. Jego nazwisko, o ile Jack rzeczywiście był jego prawdziwym imieniem, nie pojawia się w żadnym publicznym miejscu pamięci. Oficjalna historia australijskich operacji w Wietnamie nie wspomina o tropicielu o nadprzyrodzonych zdolnościach. Ale mężczyźni, którzy z nim służyli, pamiętają, a teraz, dzięki tej historii, być może inni też będą pamiętać.

Dżungla skrywa wiele sekretów. Większość z nich pozostaje na zawsze pogrzebana w zieleni. Ale od czasu do czasu jakaś historia umyka. Historia o tym, kim mogą stać się ludzie, gdy porzucą swoje cywilizowane ograniczenia i przypomną sobie, co wiedzieli ich przodkowie. To była historia człowieka, który potrafił wyczuć zasadzkę z odległości 3 kilometrów. To była historia najwspanialszego tropiciela, jakiego kiedykolwiek stworzyła Australijska Służba Lotnicza.

To była historia szeregowego Jacka. A teraz jest twoja.

Uwaga: Część treści została stworzona przy wsparciu AI (AI & ChatGPT) i następnie została twórczo opracowana przez autora, aby lepiej odpowiadała kontekstowi oraz ilustracjom historycznym. Życzę Ci fascynującej podróży odkrywczej!

LEAVE A RESPONSE

Your email address will not be published. Required fields are marked *