Uncategorized

Niemcy nie mogli powstrzymać tego „zmodyfikowanego” Jeepa — dopóki nie zabił on 400 osób pierwszego dnia. NP

Niemcy nie mogli powstrzymać tego „zmodyfikowanego” Jeepa — dopóki nie zabił on 400 osób pierwszego dnia

O godzinie 5:30 16 grudnia 1944 roku w Ardenach było wciąż wystarczająco ciemno, aby ukryć armię.

Porucznik Lyall Bu leżał w zamarzniętym okopie na grzbiecie Lanzerath , a jego oddech oszraniał rondo hełmu. Obserwował kolumnę niemieckich spadochroniarzy wyłaniającą się z drzew w dole niczym cienie uczące się chodzić. Poruszali się zdyscyplinowanymi szeregami przez śnieg sięgający kolan – pięciuset ludzi z karabinami na ramionach i hełmami nisko wsuniętymi, żołnierze, którzy nie marnowali czasu, bo już dawno zdecydowali, że wygrają.

Bu miał dwadzieścia lat. Trzy miesiące w walce. Żadnych posiłków.

A przed nim 9. Pułk Spadochroniarzy nacierał z misją, która sprawiła, że ​​Lanzerath nagle poczuł się jak centrum świata: pokonać przełęcz Losheim , aby 1. Dywizja Pancerna SS za nimi — Kampfgruppe Peiper i cała jego stal — mogła ruszyć na zachód otwartymi drogami i uderzyć na Mozę, zanim alianci zorientują się, co się dzieje.

Niemiecki ostrzał artyleryjski rozpoczął się dziewięćdziesiąt minut wcześniej: 1600 dział ostrzelało osiemdziesięciomilowy front, zamieniając ciche Ardeny w trzęsącą się, dymiącą ścianę. Linie telefoniczne zostały już zerwane. Jednostki zostały już odizolowane. Pierwszy cios w Ardenach to nie tylko ogień – to cisza , nagła utrata koordynacji, która sprawia, że ​​armia czuje się ślepa.

Pluton Bu, składający się z 18 ludzi z jednostki wywiadowczej i rozpoznawczej, zajmował jedyną amerykańską pozycję strzegącą skrzyżowania dróg w Lanzerath.

Osiemnaście.

Nie kompania. Nie batalion.

Garstka zwiadowców z karabinami i zimowym oddechem.

Za nimi ciągnęły się puste drogi prowadzące do magazynów zaopatrzenia, kwater głównych, składów paliwa – wszystkiego, czego potrzebowała armia pancerna. Front 99. Dywizji Piechoty był tak wąski, że mały pluton rozpoznawczy Bu otrzymał rozkaz utrzymania luki przeznaczonej dla batalionu. Najbliższa jednostka amerykańska znajdowała się kilometry stąd. A w pierwszej godzinie ofensywy w Ardenach „kilometry stąd” równie dobrze mogło oznaczać księżyc.

Bu natychmiast zrozumiał matematykę. Miał:

  • M1 Garands
  • Jeden BAR na drużynę
  • Pojedynczy pistolet M1919 kal. .30
  • A jedną z nagród, którą zdobył łamiąc zasady, był opancerzony samochód terenowy z zamontowanym karabinem maszynowym Browning M2 kalibru .50 .

Ta ostatnia broń nie miała być jego. Cztery dni wcześniej wymienił zdobyte niemieckie dowody osobiste z oficerem artylerii, żeby ją zdobyć. Pluton rozpoznawczy nie miał „trzymać”. Zwiad miał widzieć , meldować, wymknąć się. Bu sprzeciwił się doktrynie, ponieważ potrafił czytać mapę i rozumieć, co oznacza Lanzerath.

Ta decyzja stanowiła jedyną przeszkodę między jego okopami a SS.

O 6:45 mgła i śnieg sprawiły, że grzbiet przypominał biały tunel. Niemiecka artyleria ucichła, a cisza, która nastąpiła, była jeszcze gorsza, bo słychać było wrogie buty.

Bu obserwował, jak spadochroniarze formują fale szturmowe u podnóża grzbietu. Jego ludzie zaciągnęli pasy, sprawdzili magazynki, uspokoili drżenie rąk. Czterech wysuniętych obserwatorów artyleryjskich z baterii C, 371. Pułku Artylerii Polowej, próbowało zorganizować wsparcie ogniowe.

Nic nie przyszło.

Wielkie jednostki wszędzie domagały się broni. Lanzerath był niczym punkcik w powodzi.

Bu rozkazał swoim ludziom wstrzymać ogień, dopóki Niemcy nie dotrą na odległość 75 jardów .

O godzinie 07:00 pierwsza fala ruszyła w górę.

Poruszali się luźnymi liniami przez śnieg, z karabinami w pogotowiu, z wrodzoną pewnością siebie. Niemiecki wywiad uznał Amerykanów w tym sektorze za słabych – tchórzliwych, zależnych od czołgów i wsparcia lotniczego. Niemcy spodziewali się szybkiego szturmu, a potem otwartych dróg.

O godzinie 07:15 oddziały prowadzące uderzyły w drut kolczasty pod okopami.

Bu wydał rozkaz.

Pierwszy odezwał się M2 .

Pocisk kalibru .50 z odległości siedemdziesięciu pięciu jardów nie „trafia”. On wymazuje … Pierwsza seria w mgnieniu oka powaliła jedenastu mężczyzn. Ciała padły w śnieg, a ocaleni rzucili się za druty, jakby ogrodzenie mogło ich uchronić przed taką siłą.

Wtedy strzelcy Bu otworzyli ogień – zdyscyplinowany, celny, a nie paniczny. Pluton Bu został wybrany ze względu na celność i inteligencję. Wybierali cele: przecinaków do drutu, dowódców oddziałów, ludzi próbujących czołgać się naprzód. Niemcy spodziewali się cienkiej zasłony. Znaleźli pułapkę.

Po ośmiu minutach pierwsza fala uderzeniowa cofnęła się, pozostawiając ciała w śniegu.

Bu policzył dwadzieścia trzy przed sobą, widoczne nawet przez unoszący się dym.

Niemcy szybko się przegrupowali – profesjonaliści, nie tchórze. O 7:45 nadszedł drugi atak, mądrzejszy. Oddziały osłonowe prowadziły ogień z karabinów MG42 z linii drzew, podczas gdy inne drużyny próbowały przemknąć się flankami przez las.

Bu przesunął swoje drużyny BAR na boki i pozwolił M2 dalej atakować na otwartym terenie.

Obserwatorzy artyleryjscy ponownie poprosili o wsparcie.

Znów nikt nie odpowiedział.

Drugi atak trwał dłużej – dziewiętnaście minut – a odgłos MG42 rozbrzmiewał nieprzerwanie, niczym brutalny „piła tarczowa”, która mogła przełamać odwagę na pół. Niemcy jednak wciąż nie mogli przejść przez otwarte pole, podczas gdy .50 wciąż je rozrywało.

Wycofali się ponownie o 08:04.

Teraz Bu sam policzył – amunicję, szybkostrzelność, czas. Jego ludzie wystrzelili już setki pocisków. W tym tempie mieliby sucho przed południem. A M2 – jego jedyna ciężka pięść – już się rozgrzewał do granic możliwości.

Niemcy zatrzymali się na trzydzieści siedem minut, a Bu obserwował przez lornetkę, jak oficerowie gromadzili ludzi na trzech oddzielnych pozycjach szturmowych.

Rozpoczęto skoordynowany atak — od frontu i z obu skrzydeł.

O 08:41 rozpoczął się trzeci atak.

Główne siły wkroczyły na pole, podczas gdy oddziały przemieszczały się przez lasy po obu stronach. Tym razem dołączyły moździerze, pociski kalibru 8 cm wbijały się w śnieg i kłody, wstrząsając okopami, zmuszając obrońców do schylania głów. Nie było to precyzyjne zniszczenie – to była presja, sposób na zniechęcenie obrońców do celowania.

Jedna flanka zbliżyła się na czterdzieści jardów, zanim żołnierz BAR-u zrzucił magazynek za magazynkiem i zatrzymał ją brutalną, bezpośrednią siłą. Druga flanka utknęła w martwym punkcie, przygnieciona śniegiem i prostym faktem, że lasy nie pozwalają na szybkie manewry, gdy próbuje się zachować ciszę.

Główna fala ponownie zatrzymała się przy płocie.

Grzbiet wytrzymał.

Ale teraz Bu czuł, że mu się wymyka – nie pod względem zdobytego terenu, ale pod względem zasobów . Mógł wygrać każdą wymianę, a i tak przegrać, nawet gdyby zabrakło mu naboi.

O 09:43 trzecia fala się wycofała.

Bu naliczył widoczne 41 ofiar.

Potem nastąpił czwarty atak o 10:17 – większy, szerszy i sprytniejszy. Pojawiły się granaty dymne, a na polu pojawiły się łaty maskujące. Niemcy się dostosowali. Zrozumieli, że grzbiet to nie żart.

M2 otworzył ogień z odległości 150 jardów.

Ale lufa była bliska wyczerpania. Rozrzut wzrósł. A niemiecka fala, rozciągnięta na przestrzeni dwustu jardów, wciąż posuwała się naprzód.

O 10:29 przecinaki dotarły do ​​celu.

Po raz pierwszy tego ranka Niemcy sforsowali ogrodzenie i rzucili się w stronę okopów.

O 10:32 M2 oddał ostatnie strzały i ucichł.

Ta cisza była jak cios.

Niemcy od razu to poczuli. Bu też. Ciężkie działo nie było tylko siłą ognia – to była dominacja psychologiczna. Kiedy zgasło, pole zmieniło kształt. Mężczyźni, którzy przez trzy godziny unikali śmierci z kalibru .50, nagle się wyprostowali.

Bu rozkazał zamocować bagnety.

Ponieważ teraz walka miała stać się osobista.

Magazynki się kończyły. Charakterystyczny dźwięk opróżniania karabinów Garand stał się powszechny. Na linii frontu żołnierze zaczęli sięgać po noże, narzędzia do okopywania, granaty – wszystko, co mogło powstrzymać Niemca przed wejściem do okopu.

O 11:09 Bu podjął decyzję, która wydawała się szalona, ​​ale była wyrazem czystej wyrozumiałości dla mężczyzn:

Rozkazał szybko wystrzelić resztę amunicji .

Nie po to, by oszczędzać siły na ostatnią szansę, ale by przekonać Niemców, że wciąż mają do dyspozycji dobrze wyposażoną obronę. Wiedział, że wahanie można kupić hałasem. Wiedział, że niepewność jest bronią.

Przez osiem minut jego ludzie strzelali tak szybko, jak tylko potrafili celować.

A Niemcy — wierząc, że oznacza to nową amunicję lub posiłki — wycofali się ponownie o 11:21.

Stracili prawie sto osób, a wciąż nie byli pewni, z czym walczą.

O 11:30 Bu policzył, co mu zostało.

Siedemdziesiąt trzy rundy.

To było wszystko.

Siedemdziesiąt trzy pociski karabinowe do całego plutonu i dołączonych obserwatorów — przeciwko wrogowi, który mógłby wystawić setki kolejnych ludzi do następnego ataku.

Gdy Bu ponownie skontaktował się z centralą przez radio, odpowiedzią było to samo kłamstwo, jakie wojna powtarza wyczerpanym ludziom:

Utrzymaj pozycję. Nie wycofuj się.

Posiłki nie mogą do ciebie dotrzeć.

O 12:37 nastąpił piąty atak — świeże, pewne siebie oddziały poruszały się szybko.

Bu oddał ostatnie strzały, oddając najlepsze strzały. Ogień utrzymywali do sześćdziesięciu jardów, powalili ludzi pierwszą salwą, ale to już nie miało znaczenia. Bez ciężkiej broni Niemcy mogli powoli posuwać się naprzód ogniem i ruchem. Amerykanie zabijali niemal każdym strzałem – a i tak nie dało się pobić rachunku. Nie da się zatrzymać czterystu ludzi siedemdziesięcioma trzema kulami.

O 13:14 karabiny na całej linii były puste. Bagnety zostały zabezpieczone. Pojawiły się granaty. Mężczyźni chwycili za narzędzia okopowe, takie jak pałki.

O 13:26 Niemcy zdobyli pierwszy okop.

Bu obserwował, co się dzieje, i zrozumiał, o co chodzi: kontynuowanie oznaczało, że jego ludzie zostaną wymordowani bez żadnych korzyści taktycznych. Opóźnili natarcie na północ na długo, poza wszelkie wyobrażenia o możliwościach. Wykonali już zadanie, którego potrzebowała od nich dywizja – nawet jeśli nikt na grzbiecie jeszcze o tym nie wiedział.

O 13:32 Bu wydał rozkaz poddania się.

Nie dlatego, że nie walczyli.

Ponieważ walczyli , dopóki fizyka nie wygrała .

Niemcy policzyli własne straty – ponad dziewięćdziesiąt zabitych – a następnie rozejrzeli się po „wzmocnionej kompanii”, która rzekomo ich powstrzymywała.

Znaleźli 22 Amerykanów .

Jeep z jednym cichym M2.

Okopy.

I wyczerpani mężczyźni, którzy powinni być martwi.

Ironia sytuacji była głęboka: spadochroniarze nie zdawali sobie sprawy, że opóźniła ich garstka zwiadowców; ludzie Bu nie zdawali sobie sprawy, że opóźnili SS o kilka godzin, które później miały znaczenie.

Ale opóźnienie miało znaczenie.

Kampfgruppe Peiper nie minął Lanzerath o świcie, jak planowano. Dotarł znacznie później – stracił impet, harmonogram został złamany, a północne ramię Ardenów pozbawione niezbędnej prędkości.

A dla mężczyzn, którzy walczyli na tym grzbiecie, historia nie zakończyła się kapitulacją – trwała dalej w wagonach towarowych, obozach jenieckich, głodzie, chorobach i długim, gorzkim przekonaniu o porażce.

Nie, nie zrobili tego.

Zrobili coś, do czego armie rzadko przyznają się przez dziesięciolecia:

Trzymali dziurkę od klucza gołymi rękami.

I cała ofensywa z tego powodu się zacięła.

Uwaga: Część treści została stworzona przy wsparciu AI (AI & ChatGPT) i następnie została twórczo opracowana przez autora, aby lepiej odpowiadała kontekstowi oraz ilustracjom historycznym. Życzę Ci fascynującej podróży odkrywczej!

LEAVE A RESPONSE

Your email address will not be published. Required fields are marked *