Uncategorized

Co japońscy dowódcy naprawdę myśleli o amerykańskich marines .NP

Co japońscy dowódcy naprawdę myśleli o amerykańskich marines

O godzinie 6:15 21 sierpnia 1942 roku pułkownik Kona Ichiki stał na skraju gaju kokosowego nad Kanałem Guadal, wpatrując się przez płytki strumień w amerykańską linię obronną, którą miał zaatakować. Miał za sobą 917 najlepszych japońskich żołnierzy. Ludzi, którzy trenowali latami. Ludzi, którzy podbijali terytoria w całej Azji bez porażki. Ludzi, którzy wierzyli, podobnie jak sam Ichiki, że żadna zachodnia armia nie zdoła im się przeciwstawić. Amerykanie po drugiej stronie strumienia byli piechotą morską Stanów Zjednoczonych.

Ichi przyjrzał się im przed wyjazdem. Wiedział, co japoński wywiad mówił o tych ludziach. Byli mięczakami. Byli niezdyscyplinowani. Brakowało im ducha wojownika, który charakteryzował japońskich żołnierzy. Załamywali się przy pierwszym sygnale zdecydowanego ataku. Za około 6 godzin 800 żołnierzy Ichikiego miało zginąć, a wszystko, co Japonia sądziła, że ​​wie o amerykańskich wojownikach, zaczęło się rozpadać. Oto historia o tym, jak Kanał Guadalajara obalił jedno z najniebezpieczniejszych przekonań w historii wojskowości.

Przekonanie japońskich dowódców, że amerykańscy marines nie są zdolni do prawdziwej walki. Aby zrozumieć, co wydarzyło się na Kanale Guadal, trzeba zrozumieć, co japońscy dowódcy wojskowi myśleli o Amerykanach przed wybuchem wojny. Przez dziesięciolecia japońska doktryna wojskowa opierała się na koncepcji zwanej Yamato Damashi, duchu Japonii. To było coś więcej niż zwykły nacjonalizm. To było fundamentalne przekonanie, że japońscy żołnierze posiadają duchową wyższość, która może przezwyciężyć wszelkie materialne niedostatki. Podczas gdy narody zachodnie polegały na maszynach i sile ognia, Japonia polegała na niezłomnej woli swoich wojowników.

Korzenie tej wiary sięgają starożytnej mitologii zapisanej w Kojiki i Nihon Shoki. Teksty te opisują Japończyków jako potomków bogini słońca Amaterasu. Sam cesarz był uważany za istotę boską, żywą więź z niebiosami. Japońscy żołnierze nie walczyli tylko za ojczyznę. Walczyli o świętą linię krwi sięgającą tysięcy lat. Ta filozofia stała się centralnym punktem japońskiej myśli wojskowej na początku XX wieku. Oszałamiające zwycięstwo nad Rosją w 1905 roku zdawało się potwierdzać wszystko, w co japońscy przywódcy wierzyli na swój temat.

Mniejszy naród azjatycki pokonał europejską potęgę dzięki silniejszemu duchowi walki. Rosyjskie armie, dysponujące nowoczesną bronią i wsparciem przemysłowym, zostały upokorzone przez japońskich żołnierzy, którzy wykazali się widoczną gotowością do śmierci, jakiej ich przeciwnicy nie mogli dorównać. Lekcja była oczywista. Siła materialna nic nie znaczyła w starciu z ludźmi gotowymi poświęcić wszystko dla swojego cesarza. Wojna rosyjsko-japońska stała się wzorem japońskiego podejścia do przyszłych konfliktów. Duch zwycięży nad stalą. Wola pokona broń. W latach 30. XX wieku to przekonanie przekształciło się w doktrynę.

Japońskich oficerów uczono, że zachodni żołnierze, a zwłaszcza Amerykanie, są słabi duchowo. Byli produktem miękkiej, materialistycznej kultury, która przedkładała indywidualny komfort nad zbiorowe poświęcenie. Nie stawali do walki, gdy sytuacja stawała się rozpaczliwa. Poddawali się. Uciekali. Pierwsze miesiące wojny na Pacyfiku zdawały się w pełni potwierdzać tę ocenę. Kiedy siły japońskie zaatakowały Filipiny w grudniu 1941 roku, amerykańscy i filipińscy obrońcy załamali się w ciągu kilku tygodni. Ufortyfikowane pozycje, które miały utrzymać się miesiącami, upadły w ciągu kilku dni.

Batan i Corugodor stały się symbolami nie amerykańskiego oporu, lecz amerykańskiej porażki. Dziesiątki tysięcy jeńców trafiło do niewoli w jednej z najgorszych katastrof militarnych w historii Ameryki. W Singapurze, który Winston Churchill nazwał najgorszą katastrofą w brytyjskiej historii wojskowej, ponad 80 000 żołnierzy alianckich poddało się japońskim siłom o połowę mniejszym. Brytyjscy dowódcy wierzyli, że Singapur jest nie do zdobycia. Japończycy udowodnili, że się mylili, w ciągu kilku tygodni. Siły generała Tomoyuki Yamashity zaatakowały Półwysep Malajski z szybkością i zaciekłością, które przytłaczały obrońców na każdym kroku.

W Holenderskich Indiach Wschodnich, w Hongkongu, w Birmie schemat się powtarzał. Siły zachodnie konsekwentnie nie dorównywały japońskiej determinacji. Armie kolonialne, które przez pokolenia utrzymywały porządek, rozpadały się w obliczu japońskich żołnierzy, którzy zdawali się witać śmierć z otwartymi ramionami. Na wyspie Wake niewielki amerykański garnizon opierał się przez ponad dwa tygodnie, pokonując przeważające siły wroga, zanim w końcu się poddał. Japońscy dowódcy z zainteresowaniem odnotowali ten opór, ale nie wyciągnęli z niego szerszych wniosków. Wake było anomalią. Marines po prostu zostali uwięzieni i nie mieli dokąd uciec.

Japońscy dowódcy wyciągnęli pozornie oczywiste wnioski ze schematu zwycięstw. Amerykanie byli dokładnie tacy, za jakich ich zawsze uważali. Mieli lepszy sprzęt, więcej zapasów, większe okręty, ale brakowało im tego, co naprawdę liczyło się na wojnie: woli walki. To przekonanie dotyczyło szczególnie Korpusu Piechoty Morskiej Stanów Zjednoczonych. Japoński wywiad badał marines i nie znalazł niczego imponującego. Byli niewielką siłą, słabo wyposażoną w porównaniu z armią, bez żadnego doświadczenia bojowego.

Nie zmierzyli się z poważnym wrogiem od czasów I wojny światowej. Byli w ocenie Cesarskiej Kwatery Głównej, a żołnierze garnizonu bawili się w żołnierzy. Korpus Piechoty Morskiej w 1942 roku był rzeczywiście niewielką formacją, liczącą mniej niż 70 000 ludzi na początku wojny. Lata międzywojenne spędził w względnym zapomnieniu, tocząc niewielkie wojny w Ameryce Środkowej i na Karaibach. Bitwy o Nikaraguę i Haiti nie były legendą wojskową. Japońscy planiści nie dostrzegli w tych wydarzeniach niczego, co sugerowałoby, że piechota morska będzie groźnym przeciwnikiem.

Przeoczyli transformację, jaka zaszła w rdzeniu w latach 30. XX wieku. Oficerowie piechoty morskiej opracowali nowe doktryny wojny desantowej. Zdając sobie sprawę, że wojna na Pacyfiku, której się spodziewali, będzie wymagała zdolności do szturmowania ufortyfikowanych plaż, stworzyli specjalistyczny sprzęt i programy szkoleniowe. Zbudowali siły specjalnie zaprojektowane do walki w nadchodzącej wojnie. Co ważniejsze, wypracowali kulturę, która kładła nacisk na indywidualną inicjatywę, dowodzenie małymi pododdziałami i zdolność młodszych żołnierzy piechoty morskiej do kontynuowania walki nawet w przypadku zerwania łączności i rozpadu planów.

Ta kultura miała okazać się decydująca na Kanale Guadal. Pułkownik Ichiki osobiście podzielał poglądy japońskich oficerów na temat amerykańskich możliwości. Japońskie oceny wojskowe charakteryzowały amerykańskich marines jako zniewieściałych i tchórzliwych, pozbawionych ducha walki japońskich żołnierzy. Kiedy otrzymał rozkaz odbicia Kanału Guadal od Amerykanów, którzy wylądowali tam na początku sierpnia 1942 roku, uznał to za okazję do zdobycia chwały, a nie za prawdziwe wyzwanie militarne. Amerykanie zajęli lotnisko, które Japończycy budowali na wyspie.

Trzeba ich było zepchnąć z powrotem do morza. Ichiki otrzymał polecenie, aby poczekał na resztę pułku przed atakiem, ale nie widział takiej potrzeby. Jego pierwszy oddział, liczący 900 ludzi, wystarczyłby przeciwko marines. Czego więcej można było potrzebować? Generał dywizji Alexander Vandergrift nie miał pojęcia, co Japończycy myślą o jego marines. Był zbyt zajęty utrzymywaniem ich przy życiu. Vandergrift miał 54 lata i był weteranem kampanii w Nikaragui, na Haiti i w Chinach.

Całe dorosłe życie spędził w Korpusie Piechoty Morskiej. Wiedział, do czego są zdolni jego ludzie, ale wiedział też, że nigdy nie spotkali się z czymś podobnym, co czekało ich na Wyspach Salomona. Obiecano mu 6 miesięcy na przeszkolenie dywizji przed walką. Dostał 3 tygodnie, gdy ogłoszono operację „Wieża Obserwacyjna” – inwazję na Kanał Guadal. Jego ludzie byli rozproszeni po Pacyfiku, a sprzęt wciąż rozładowywano w Nowej Zelandii. Nie było czasu na odpowiednie planowanie, brakowało odpowiednich informacji wywiadowczych na temat japońskiej obrony, a próbne lądowanie na Wyspach Fidżi Vandergrift nazwał później kompletną katastrofą.

Próba została przeprowadzona tak słabo, że jeden z oficerów zauważył: „Doświadczeni planiści logistyczni uznaliby później całą operację na Kanale Guadal za niemożliwą”. Sama pierwsza dywizja piechoty morskiej składała się z weteranów i niedoświadczonych rekrutów. Wielu z nich zaciągnęło się po ataku na Pearl Harbor, motywowanych wściekłością wywołaną japońskim atakiem. Mieli minimalne wyszkolenie i żadnego doświadczenia bojowego. Nie wiedzieli, jak wygląda walka w dżungli. Nie rozumieli chorób, które ich czekały. Nigdy nie spotkali wroga, który wolałby umrzeć, niż się poddać.

7 sierpnia 1942 roku 11 000 marines wylądowało na Guadal Canal i pobliskich wyspach Tulagi i Floryda. Doszło do całkowitego zaskoczenia. Japońscy robotnicy budowlani i niewielki garnizon, składający się głównie z koreańskich robotników z niewielkim oddziałem straży, uciekli w dżunglę, gdy amerykańskie okręty wojenne otworzyły ogień na ich pozycje. Do zmroku 8 sierpnia marines zabezpieczyli swój główny cel – niedokończone lotnisko, które wkrótce miało zostać nazwane Henderson Field na cześć majora Lofttona Hendersona, lotnika marines, który zginął w bitwie o Midway.

Lądowanie przebiegło łatwiej, niż ktokolwiek się spodziewał. Ale marines mieli się wkrótce przekonać, że zdobycie Guadal Canal było o wiele prostsze niż jego utrzymanie. Wtedy wszystko poszło nie tak. W nocy z 8 na 9 sierpnia japońskie siły morskie zaskoczyły i zdewastowały osłonę krążowników alianckich w bitwie pod wyspą Tsavo. Cztery alianckie krążowniki zostały zatopione w jednej z najtragiczniejszych klęsk morskich w historii Ameryki. Zginęło ponad 1000 marynarzy. Dowódca marynarki, wiceadmirał Frank Jack Fletcher, obawiając się dalszych strat swoich lotniskowców, wycofał flotę, zabierając ze sobą większość zapasów i sprzętu marines, które nie zostały jeszcze rozładowane.

Marines byli rozgoryczeni porzuceniem. Dziesięciolecia później weterani wciąż z gniewem wspominali wycofanie. Jeden z pamiątkowych medali, wybitych prywatnie po bitwie, przedstawiał dłoń w rękawie admirała, rzucającego gorącego ziemniaka w ramiona żołnierza piechoty morskiej z napisem „Facat Georgius”, co oznaczało: „Niech George to zrobi”. Marines Vandergrifta utknęli w martwym punkcie. Zdobyli swój cel, ale teraz musieli go utrzymać, mając ograniczoną amunicję, ograniczone zapasy żywności i bez wsparcia marynarki wojennej. Połowa ich zapasów wciąż znajdowała się na pokładach wycofanych okrętów.

Nie mieli ciężkiego sprzętu. Nie mieli posiłków. Byli sami na wyspie, którą japońskie siły już odbiły. Marines utworzyli linię obrony wokół Henderson Field i rozpoczęli morderczą pracę nad dokończeniem lotniska zdobytym japońskim sprzętem. Zdobyli wszystkie zapasy, jakie udało im się znaleźć. Zdobyli japońskie zapasy ryżu i uczynili je swoim głównym źródłem pożywienia. Wykopali nory w wulkanicznej glebie i czekali na kontratak, o którym wiedzieli, że nadchodzi.

Otaczająca ich dżungla była nieprzyjazna w sposób, jakiego nigdy sobie nie wyobrażali. Upał był nieznośny, a wilgoć dusząca. Wszędzie roiło się od komarów przenoszących malarię. W ciągu kilku tygodni choroby unieszkodliwiły więcej marines niż japońskie kule, ale utrzymali swój teren i kontynuowali pracę na lotnisku. 20 sierpnia na lotnisku Henderson wylądował pierwszy amerykański samolot. Samoloty te, będące częścią sił powietrznych Cactus Air Force, od alianckiego kryptonimu Guadal Canal, okazały się niezbędne do utrzymania wyspy.

Ale nie byli jeszcze gotowi, gdy nadszedł pierwszy japoński kontratak. Nie musieli długo czekać. Pułkownik Ichiki wylądował na przylądku Tyu w nocy 19 sierpnia z 917 ludźmi. Japońskie rozpoznanie lotnicze donosiło o niewielkiej liczbie widocznych amerykańskich żołnierzy i braku dużych okrętów w pobliżu. Starszy oficer sztabowy z Rabbal osobiście przelatywał nad pozycjami piechoty morskiej 12 sierpnia i prawie nic nie zauważył, dochodząc do wniosku, że Amerykanie wycofali większość swoich sił. Imperialna kwatera główna uznała, że ​​piechota morska opuściła Kanał Guadal, pozostawiając jedynie symboliczny garnizon.

Ichi usłyszał, że może stawić czoła zaledwie 2000 obrońców. W rzeczywistości na Kanale Guadal było 11 000 marines. Ale Ichiki o tym nie wiedział. A nawet gdyby wiedział, mogłoby to nie zmienić jego planów. Wierzył bezgranicznie w wyższość swoich żołnierzy. Jego pułk nie był zwykłą jednostką. 28. Pułk Piechoty został pierwotnie wyznaczony do ataku na wyspę Midway, gdy bitwa morska o Midway położyła kres tym możliwościom. Pułk został przekierowany na Kanał Guadal.

Byli to ludzie wyszkoleni do najtrudniejszego rodzaju operacji – desantu desantowego na ufortyfikowane pozycje. Należeli do najlepszych, jakich miała Japonia. Ichiki pozostawił 125 ludzi jako straż tylną i natychmiast ruszył w kierunku pola Hendersona z resztą swoich sił. Otrzymał rozkazy, aby czekać na przyczółku na resztę pułku, która miała przybyć wolniejszymi statkami transportowymi za kilka dni. Zignorował je. Marines załamaliby się już przy pierwszym ataku.

Nie było potrzeby czekać na posiłki. To by tylko podzieliło chwałę, która prawnie należała się jego ludziom. Ichi nie wiedział, że marines wiedzą o jego przybyciu. Zwiadowca-obserwator wybrzeża, Jacob Vosza, były sierżant sztabowy policji Brytyjskich Wysp Salomona, został schwytany przez japońskich żołnierzy podczas zbierania informacji wywiadowczych. Japończycy znaleźli amerykańską flagę ukrytą w jego przepasce biodrowej i zażądali informacji o pozycjach marines. Vuza odmówił rozmowy.

Japończycy przywiązali go do drzewa i wykorzystali do ćwiczeń z bagnetem. Zadźgali go siedem razy w ramiona, gardło, bark, twarz, klatkę piersiową i brzuch. Nie umarł. Gdy Japończycy ruszyli dalej, Vosa przegryzł liny i czołgał się przez dżunglę kilometrami, krwawiąc z ran. Dotarł do linii marines i ostrzegł ich o zbliżającym się ataku na kilka minut przed rozpoczęciem ataku Ichikiego. Vosa przeżył odniesione rany i kontynuował służbę u boku marines przez całą kampanię.

Później otrzymał Srebrną Gwiazdę i został mianowany honorowym sierżantem-majorem w Korpusie Piechoty Morskiej. Około godziny 1:30 21 sierpnia Ichiki rozpoczął atak przez mieliznę u ujścia potoku Alligator Creek, który na amerykańskich mapach błędnie oznaczono jako rzekę Teneroo. Marines czekali. Pierwsza fala japońskich żołnierzy ruszyła przez mieliznę, krzycząc „banzai”, z bagnetami w gotowości, spodziewając się, że Amerykanie uciekną w panice. Tak to zawsze działało. Tak to miało działać.

To, co wydarzyło się później, zszokowało japońskich żołnierzy, którzy przeżyli. Marines nie uciekli. Nie poddali się. Nie wpadli w panikę w obliczu zdecydowanego nocnego ataku. Zamiast tego, utrzymali pozycje i ostrzeliwali atakujących Japończyków. Stanowiska karabinów maszynowych wzdłuż strumienia otwierały się z miażdżącą celnością. Chłodzone wodą działa kalibru 30, obsługiwane przez marines, którzy intensywnie ćwiczyli w posługiwaniu się tą bronią, przebijały się przez fale natarcia. Japońscy żołnierze padali dziesiątkami, a potem setkami.

Mierzeja piaskowa stała się polem bitwy. Ichuki spodziewał się, że Amerykanie pękną, gdy zobaczą japońskich żołnierzy szarżujących z bagnetami i wrzeszczących okrzyki bojowe. Tak zawsze się działo. Zachodnie wojska nie wytrzymały presji psychologicznej szarży banzai. Zabrakłoby im nerwów. Uciekliby. Marines nie uciekli. Baterie artylerii, które zarejestrowały swoje cele przed zapadnięciem zmroku, zrzuciły pociski bezpośrednio na formacje szturmowe. Celność amerykańskiego ognia zdumiała japońskich oficerów, którzy przeżyli bitwę.

Każda droga podejścia zdawała się być zabezpieczona. Każde natarcie spotykało się ze skoordynowanym ogniem. Kiedy japońscy żołnierze zdołali dotrzeć do linii piechoty morskiej, stanęli do walki wręcz, która dorównywała ich własnej zaciekłości. Piechota morska walczyła karabinami, pistoletami, bagnetami i gołymi rękami. Niechętnie ustępowali, a następnie kontratakowali, aby odzyskać utracone pozycje. Nie okazywali strachu i nie prosili o litość. Jeden z karabinierów maszynowych piechoty morskiej, szeregowy Al-Szmid, został ranny na początku bitwy, gdy granat eksplodował w pobliżu jego pozycji.

Odłamek trafił go w twarz, niszcząc mu oba oczy. Oślepiony, kontynuował posługiwanie się bronią wyłącznie dotykiem. Kierowany przez pomocnika strzelca, który kierował ogień w stronę odgłosu zbliżających się Japończyków, pozostał na swoim stanowisku do świtu. O wschodzie słońca atak zakończył się całkowitą porażką. Ludzie Ichikiego nie osiągnęli niczego poza własną zagładą. Ale bitwa się nie skończyła. Gdy wzeszło słońce, Vandergrift zarządził kontratak. Marines z pierwszego batalionu, pierwsi marines, przekroczyli rzekę w górę rzeki i zawrócili, by okrążyć ocalałych Japończyków.

Do szturmu dołączyły lekkie czołgi. Czołgi M3 Stewart, które marines nazywali Żelazną Kawalerią. Okrążenie było metodyczne i brutalne. Japońscy żołnierze, którzy przeżyli noc, znaleźli się w pułapce w gaju kokosowym, a marines otaczali ich ze wszystkich stron. Niektórzy próbowali dopłynąć do bezpiecznego miejsca i zostali postrzeleni w wodzie. Inni walczyli do ostatniego naboju, a następnie szarżowali z bagnetami. Niektórzy popełnili samobójstwo, by uniknąć schwytania. Czołgi toczyły się przez gaj kokosowy, a ich karabiny maszynowe terkotały, miażdżąc rannych japońskich żołnierzy gąsienicami.

Marines, którzy podążali za nimi, nie okazali im więcej litości niż Japończycy podczas podbojów Azji. Amerykańska prasa później to łagodziła, ale rzeczywistość była brutalna. Marines zamrozili szok wywołany japońską taktyką i odpowiedzieli z przytłaczającą siłą. Jeden z marines, który brał udział w bitwie, opisał później następstwa. Ciała leżały w skupiskach lub stosach przed stanowiskami strzeleckimi, które nadzorowały mierzeję, jakby nie zginęły pojedynczo, lecz w grupach poruszali się między nimi łowcy pamiątek, ostrożnie przedzierając się przez nie, jakby bali się pułapek.

Do godziny 17:00 21 sierpnia bitwa pod Tenneroo dobiegła końca. Z pierwotnych 917 ludzi Ichukiego zginęło około 800. Ocaleni, prawdopodobnie 128, uciekli w dżunglę i ostatecznie dotarli z powrotem do Tyvu Point. Straty marines wyniosły 35 zabitych i 75 rannych. Kurs wymiany był oszałamiający. Na każdego poległego Amerykanina przypadało ponad siedmiu Japończyków. To nie miało się wydarzyć. Nie tego przewidywała japońska doktryna. Pułkownik Ichiki spalił swoją flagę pułkową, aby zapobiec ich schwytaniu.

głęboką hańbę w japońskiej kulturze wojskowej. Następnie albo zginął walcząc w końcowej fazie bitwy, albo wkrótce potem popełnił rytualne samobójstwo. Relacje są rozbieżne, a dokładne okoliczności jego śmierci pozostają niejasne. Pewne jest, że nie przeżył, aby wyjaśnić, dlaczego jego atak zakończył się tak katastrofalną porażką. Kiedy wieści o zniszczeniu oddziału Ichiki dotarły do ​​Rabal, japońscy dowódcy zareagowali z niedowierzaniem. Doniesienia musiały być błędne. Japoński pułk piechoty nie mógł zostać unicestwiony przez amerykańskich marines.

To po prostu nie było możliwe. Imperialna Kwatera Główna w Tokio zareagowała podobnie. Klęska była tak nieoczekiwana, że ​​wielu oficerów nie chciało się z nią pogodzić. Coś musiało pójść nie tak z planem Ichiego. Być może zaatakował niewłaściwą pozycję. Być może jego ludzie napotkali nieoczekiwany teren. Być może raporty wyolbrzymiały liczbę ofiar. Problemem nie mogli być sami marines. Niektórzy japońscy oficerowie później wyrazili frustrację z powodu tego zaprzeczenia. Imperialna Kwatera Główna nadal bagatelizowała wroga na Kanale Guadal i zakładała, że ​​po udanym lądowaniu japońskich sił marines się poddadzą.

To niedoszacowanie okazało się katastrofalne w skutkach. To zaprzeczenie miało fatalne konsekwencje. Zamiast zrewidować swoje założenia dotyczące amerykańskich zdolności bojowych, japońscy dowódcy doszli do wniosku, że Ichiki po prostu wysłał zbyt mało ludzi. Rozwiązanie było oczywiste. Wysłać więcej. Generał dywizji Kyotake Kawaguchi otrzymał dowództwo nad kolejną próbą odbicia pola Henderson. Miał dowodzić około 6000 żołnierzy z 35. Brygady Piechoty, doświadczonej jednostki, która z powodzeniem walczyła na Borneo i Filipinach. Sam Kawaguchi miał reputację człowieka o niekonwencjonalnym sposobie myślenia, dowódcy gotowego kwestionować rozkazy i dostosowywać się do okoliczności.

Jego żołnierze szanowali go. Znany był z niezwykłej troski o dobro swoich ludzi. Z pewnością ta siła odniesie sukces tam, gdzie Ichi poniósł porażkę. Z pewnością doświadczenie i taktyczna elastyczność Kawaguchiego przeważą nad przewagą, jaką posiadali marines. Kawaguchi był bardziej rozważny niż Ichiki. Uważnie przestudiował raporty Tenaru. Rozumiał, że marines byli lepiej przygotowani, niż się spodziewano. Rozumiał, że frontalny atak na otwartym terenie byłby samobójstwem. Nadal jednak wierzył, że odpowiednio zaplanowany nocny atak z nieoczekiwanego kierunku ich przytłoczy.

Jego plan był w rzeczywistości dość wyrafinowany. Zamiast atakować przez oczywiste przejścia, które ufortyfikowali marines, Kawaguchi miał poprowadzić swoich ludzi przez dżunglę, aby zaatakować od południa, gdzie obwód marines był słabiej broniony. Wzniesienie biegnące w kierunku Henderson Field stanowiło naturalną drogę podejścia. Gdyby jego ludzie zdołali zdobyć to wzniesienie w niespodziewanym nocnym ataku, mogliby przedrzeć się przez zamek i opanować lotnisko, zanim marines zdążyliby zareagować. Wzniesienie to nie miało nazwy we wrześniu 1942 roku.

Po bitwie miejsce to nazwano Wzgórzem Edsona lub Krwawym Wzgórzem. Stało się jednym z najsłynniejszych fragmentów lądu w historii Korpusu Piechoty Morskiej. Kawaguchi wylądował ze swoimi siłami na Kanale Guadal pod koniec sierpnia i na początku września, dostarczonymi przez niszczyciele i barki, które stawiły czoła amerykańskim atakom powietrznym. Podejście przez dżunglę okazało się znacznie trudniejsze, niż się spodziewał. Jego ludzie przedzierali się przez teren, który zdawał się być stworzony do niszczenia formacji wojskowych. Szlaki zniknęły.

Strumienie blokowały drogi. Gęsta roślinność praktycznie uniemożliwiała koordynację między jednostkami. Jednostki były rozdzielone. Zapasy się kończyły. Żołnierze docierali na pozycje szturmowe wyczerpani, głodni i zdezorganizowani. Niektóre bataliony były tak zagubione w dżungli, że w ogóle nie docierały do ​​pozycji ataku. Konwoje barek przewożące ciężki sprzęt zostały zauważone przez amerykańskie samoloty i zniszczone, pozostawiając Kawaguchiego bez wsparcia artyleryjskiego. Pomimo tych problemów Kawaguchi pozostał pewny siebie. Nadal wierzył, że japoński duch walki pokona każdą przeszkodę. Powiedział swoim oficerom, że marines poddadzą się, gdy tylko atak osiągnie punkt krytyczny.

Nie byli w stanie stawić oporu zdeterminowanym japońskim żołnierzom walczącym w zwarciu. Duchowa przewaga jego ludzi okazała się decydująca. W nocy 12 września 1942 roku Kawaguchi rozpoczął atak. Grzbietu broniła mieszana siła około 800 marines, głównie z pierwszego batalionu szturmowego i pierwszego batalionu spadochronowego pod dowództwem podpułkownika Merritta Edsona. Byli to jedni z najlepiej wyszkolonych żołnierzy Korpusu Piechoty Morskiej, specjaliści w walce wręcz i nieregularnych działaniach wojennych, którzy brali już udział w walkach w Tulagi i patrolach wokół Kanału Guadal.

Edson był wybitnym oficerem. Walczył w Nikaragui z gerillami Sandino i zyskał reputację jednego z najbardziej agresywnych dowódców w Korpusie Piechoty Morskiej. Jego rude włosy nadały mu przydomek „Red Mike”. Jego ludzie bali się go i szanowali. Wiedzieli, że niczego od nich nie zażąda, że ​​sam też tego nie zrobi. Edson starannie rozmieścił swoich ludzi wzdłuż grzbietu, z wcześniej ustalonymi celami artyleryjskimi osłaniającymi prawdopodobne trasy podejścia. Podejrzewał, że nadchodzi atak.

Japońskie naloty uderzały konkretnie w grzbiet, co sugerowało, że to on był celem ataku. Kazał swoim ludziom zakopać się głęboko i przygotować do walki. Japończycy atakowali falami, wrzeszcząc okrzyki bojowe i rzucając się na pozycje marines z fanatyczną determinacją. Dżungla wybuchła strzelaniną. Flary oświetlały atakujące formacje, zamieniając noc w piekielny krajobraz cieni i błysków luf. I znów marines nie dali za wygraną. Walki na Krwawym Grzbiecie należały do ​​najbardziej zaciętych w całej wojnie.

Japońscy żołnierze wielokrotnie przełamywali linie obrony piechoty morskiej. W pewnym momencie zbliżyli się na kilkaset metrów do samego lotniska Henderson Field. Losy bitwy zawisły na włosku przez wiele godzin. Marines zostali zepchnięci na swoje ostateczne pozycje obronne. Gdyby te pozycje padły, lotnisko zostałoby utracone. Jednak marines utrzymali się. Edson osobiście mobilizował swoich ludzi w tym kryzysowym momencie. Poruszał się wzdłuż linii obrony pod ostrzałem, kierował kontratakami i odmawiał oddawania pola. Kiedy marines zaczęli się wycofywać pod naporem japońskich ataków, Edson stanął na otwartej przestrzeni i krzyczał rozkazy.

Grzbiet, powiedział im. To jest grzbiet. Trzymajcie go. Ogień artyleryjski wezwany przez wysuniętych obserwatorów zdziesiątkował japońskie fale natarcia. Pociski spadały z zabójczą celnością, rozbijając japońskie formacje, zanim zdążyły się zgromadzić do decydującego ataku. Koordynacja między piechotą na grzbiecie a bateriami artylerii za nimi była kluczowa dla przetrwania. Gdy amunicja się kończyła, marines walczyli na bagnety i kolby karabinów. Na grzbiecie szalała walka wręcz, a japońscy żołnierze, którzy przedarli się przez linie obronne, byli ścigani i zabijani.

Noc wypełniły odgłosy granatów, trzaski karabinów i krzyki rannych. W pewnym momencie drugiej nocy walk japońscy żołnierze zbliżyli się na tyle do Henderson Field, że widzieli zaparkowane samoloty. Amerykański personel zaczął przygotowywać się do zniszczenia samolotów, by nie wpadły w ręce wroga. Wydawało się, że wszystko, o co walczyli marines, legło w gruzach. Wtedy japoński atak załamał się. Połączenie oporu piechoty morskiej, ostrzału artyleryjskiego i całkowitego wyczerpania złamało ofensywę Kawaguchiego.

Jego ludzie dali z siebie wszystko. To nie wystarczyło. Do świtu 14 września atak Kawaguchiego zakończył się niepowodzeniem. Ponad 600 jego ludzi leżało martwych na grzbiecie i w dżungli. Setki innych zostało rannych. Ocaleni wycofali się w dżunglę, wielu z nich umierając z głodu, rozpoczynając koszmarny marsz na zachód, który miał zabić setki kolejnych z powodu chorób, głodu i wycieńczenia. Vandergrift powiedział później, że atak Kawaguchiego na grzbiecie był jedynym momentem w całej kampanii, kiedy miał wątpliwości co do jej wyniku.

Gdyby Japończycy się przebili, przyznał, „bylibyśmy w naprawdę kiepskim stanie”. Historyk Richard B. Frank napisał później, że Japończycy nigdy nie byli bliżej zwycięstwa na samej wyspie niż we wrześniu 1942 roku, na grzbiecie wznoszącym się z dżungli, na południe od kluczowego lotniska, znanego później jako Krwawy Grzbiet. Marines ponownie się utrzymali, tym razem stawiając opór siłom specjalnie zaprojektowanym, by ich przytłoczyć. Klęski Ichiego i Kawaguchiego powinny były zmusić do gruntownej rewizji japońskich założeń.

Nie zrobili tego. Japońscy dowódcy zintensyfikowali swoje zaangażowanie w Guadal Canal, jednocześnie odmawiając uznania tego, co bitwy ujawniły na temat amerykańskich zdolności bojowych. Problem był systemowy. Japońska kultura wojskowa nie sprzyjała uczciwemu raportowaniu niepowodzeń. Oficerowie, którzy przyznawali się do porażki swoich planów, ryzykowali hańbę. Łatwiej było zrzucić winę na podwładnych, pecha lub nietypowe okoliczności, niż stawić czoła możliwości, że fundamentalne założenia były błędne. Zamiast więc uznać, że marines są bardziej zdolni, niż oczekiwano, japońscy dowódcy doszli do wniosku, że po prostu potrzebują więcej ludzi, więcej okrętów i więcej zasobów.

Podstawowe podejście było trafne. Wykonanie było wadliwe. Tym razem miało być inaczej. Generał porucznik Harukichi Hyakutake, dowódca 17. Armii, przybył na Kanał Guadal 9 października, aby osobiście nadzorować kolejną ofensywę. Przywiózł ze sobą drugą dywizję Sai, jedną z najznakomitszych jednostek Cesarskiej Armii Japońskiej. Sendai walczyli w Manurii i Chinach. Byli weteranami kampanii, które dowiodły japońskiej wyższości nad armiami azjatyckimi. Z pewnością udowodnią to ponownie w starciu z Amerykanami.

Tym razem nie będzie półśrodków. Ponad 20 000 japońskich żołnierzy weźmie udział w skoordynowanym ataku, który ostatecznie pokona amerykańskich obrońców. Atak nastąpi z wielu kierunków jednocześnie. Wsparcie artyleryjskie zapewnią okręty wojenne, które przed atakiem zbombardują lotnisko Henderson Field. Ataki powietrzne stłumią amerykańskie lotnictwo. Hyakutake był tak pewny sukcesu, że jego sztab przygotował plany przyjęcia kapitulacji Amerykanów. Szczegółowo omówili ceremonię. Chcieli, aby była ona przedmiotem zazdrości każdej jednostki w armii japońskiej.

Nikt nie miał wątpliwości, że marines zostaną rozgromieni. Datą ostatecznego ataku był 23 października 1942 roku. Hiakutake wysłał wiadomość do swoich przełożonych, która wzbudziła jego zaufanie. Nadszedł czas decydującej bitwy między Japonią a Stanami Zjednoczonymi. Oświadczył, że miał rację. Jednak bitwa nie potoczyła się tak, jak się spodziewał. Bitwa o pole Hendersona, zwana też Ofensywą Październikową, rozpoczęła się w nocy 23 października 1942 roku.

Hyakutake przypuścił ataki z wielu kierunków, próbując przytłoczyć obwód morski samą przewagą liczebną. Pierwsze ataki nastąpiły wzdłuż rzeki Matanika, po zachodniej stronie obwodu. Japońskie czołgi, dziewięć lub dziesięć, grzmiały w ciemności, a ich silniki były słyszalne, zanim jeszcze pojawiły się w polu widzenia. Marines z działami przeciwpancernymi kal. 37 mm czekali, aż czołgi się zbliżą, a następnie otworzyli ogień. Czołgi były niszczone jeden po drugim. Japońska piechota podążająca za czołgami została zmieciona ogniem karabinów maszynowych, ale główny atak nastąpił z południa, gdzie dywizja Sendai miała dokonać decydującego przełomu.

Na jednym z odcinków tej linii sierżant John Basilone z pierwszego batalionu, siódmej piechoty morskiej, dowodził dwiema sekcjami ciężkich karabinów maszynowych. Basilone był znany jako Manila John, ponieważ służył w wojsku na Filipinach przed wstąpieniem do Korpusu Piechoty Morskiej. Miał 25 lat, urodził się w Buffalo w stanie Nowy Jork i wychował w Raritan w stanie New Jersey, jako szóste z dziesięciorga dzieci w rodzinie włosko-amerykańskiej. Swojego fachu nauczył się w czasie służby w wojsku i zyskał uznanie jako jeden z wybitnych ekspertów w zakresie obsługi karabinu maszynowego kalibru 30 w Korpusie Piechoty Morskiej.

W nocy z 24 na 25 października jego pozycja była atakowana przez około 3000 żołnierzy z Dywizji Sendai. Skutki były katastrofalne dla Japonii. Baselone walczył przez całą noc i następny dzień bez snu, bez jedzenia i bez odpoczynku. Gdy amunicja mu się kończyła, przedzierał się przez terytorium wroga, aby zdobyć więcej, niosąc 40 kilogramów broni i amunicji przez 180 metrów (200 jardów) terenu ostrzeliwanego przez Japończyków. Gdy jego obsługa dział ginęła lub była ranna, sam obsługiwał broń.

Kiedy karabiny maszynowe zacinały się od żaru ciągłego ognia, naprawiał je pod ostrzałem, parząc sobie dłonie o przegrzane lufy. W pewnym momencie ciała wrogów piętrzyły się tak wysoko przed jego pozycją, że blokowały mu pole ostrzału. Marines musieli opuścić swoje pozycje bojowe, aby odepchnąć ciała i móc kontynuować ostrzał. Starszy szeregowy Nash Phillips, który stracił rękę podczas bitwy, opisał później wizytę Baselone’a w namiocie medycznym.

Był bosy, a jego oczy były czerwone jak ogień. Twarz miał brudną, czarną od strzałów i braku snu. Rękawy koszuli podwinął do ramion. Za pasek spodni miał pistolet kaliber 45. Wpadł tylko zobaczyć, jak się czuję. Ja i reszta sekcji, nigdy go nie zapomnę. Nigdy nie zginie w mojej pamięci. Kiedy przybyły posiłki, na nogach stali tylko Baselone i dwóch innych marines z jego sekcji.

Teren przed ich pozycją był usłany trupami Japończyków. Basilone otrzymał Medal Honoru za swoje czyny, stając się pierwszym szeregowym marines, który otrzymał to odznaczenie podczas II wojny światowej. Podobne sceny rozegrały się tej nocy na terenie zajmowanym przez marines. Na innym stanowisku podpułkownik Lewis Chesy Puller dowodził pierwszym batalionem, Siódmym Pułkiem Marines. Puller miał zostać najbardziej odznaczonym marines w historii. Ale tej nocy był po prostu kolejnym oficerem, który próbował utrzymać swoich ludzi przy życiu pomimo przytłaczającej przewagi wroga – jego batalion trzymał się.

Podobnie jak inni. Skoordynowany japoński atak, ten, który miał ostatecznie zmiażdżyć amerykańskich obrońców, załamał się pomimo tej samej determinacji, która pokonała Ichikiego i Kawaguchiego. Po bitwie Puller przesłuchał japońskiego jeńca. Zadał mu proste pytanie: Dlaczego nie zmieniłeś taktyki, widząc, że nie przełamujesz naszej linii? Dlaczego nie przesunąłeś się w słabszy punkt? Odpowiedź więźnia ujawniła wszystko, dlaczego Japonia wciąż ponosiła porażki na Kanale Guadal. To nie jest japońska droga – powiedział.

Plan został opracowany. Nikt nie odważyłby się go zmienić. Musi pozostać taki, jaki jest. Ta sztywność, to bezwzględne przywiązanie do z góry ustalonych planów, niezależnie od okoliczności, w połączeniu z ciągłym niedocenianiem amerykańskich zdolności bojowych, okazały się zgubne. Japoński system wojskowy nie zachęcał do inicjatywy na niższych szczeblach. Oficerowie, którzy modyfikowali plany, narażali się na hańbę. Żołnierze proponujący przełożonym alternatywy naruszali hierarchię dowodzenia. Amerykanie byli inni. Oficerów piechoty morskiej szkolono w adaptacji.

Gdy sytuacja się zmieniała, oni również się zmieniali. Gdy jedno podejście zawodziło, próbowali innego. Ta elastyczność, w połączeniu z upartą niechęcią poszczególnych marines do oddawania pozycji, stworzyła system obronny, którego Japończycy nie byli w stanie przełamać, niezależnie od liczby ludzi, których mu rzucili. Październikowa ofensywa zakończyła się całkowitą porażką. Straty Japończyków wyniosły od 2200 do 3000 zabitych. Straty Amerykanów wyniosły mniej niż 300 zabitych i rannych. Kurs wymiany był druzgocący. Dywizja Sendai, jedna z najstarszych i najbardziej zasłużonych jednostek w armii japońskiej, została rozbita.

Po raz pierwszy japońscy dowódcy zaczęli poważnie rozważać możliwość, że Kanał Guadal nie zostanie odbity. Zaangażowane siły, wydane zasoby, poświęcone życie nie przyniosły żadnych rezultatów. Marines nadal utrzymywali pole Hendersona. Samoloty nadal latały. Granica nadal istniała. Pod koniec 1942 roku sytuacja na Kanale Guadal uległa całkowitej zmianie. Wyspa, którą japońscy dowódcy spodziewali się odbić w ciągu kilku dni, stała się tym, co ich żołnierze z goryczą nazywali wyspą głodu.

Było to miejsce, do którego japońscy żołnierze trafiali, by umrzeć nie od amerykańskich kul, lecz od chorób, głodu i rozpaczy. Ekspres Tokio, nocne rejsy niszczycieli, które dostarczały posiłki i zaopatrzenie, nie były w stanie dostarczyć wystarczającej ilości zaopatrzenia, by utrzymać japońskie siły na wyspie. Amerykańska kontrola nad lotniskiem Hendersona oznaczała, że ​​powolne statki transportowe nie mogły zbliżyć się w ciągu dnia bez ryzyka zniszczenia przez samoloty. Wszystko musiało być transportowane szybkimi okrętami wojennymi, które mogły przepłynąć przez lotnisko i uciec przed świtem.

Nigdy nie było dość. Bębny i worki z zaopatrzeniem, wyrzucane za burtę przez niszczyciele, często unosiły się na wodzie, zanim głodni żołnierze zdążyli je odzyskać. Amerykańskie ataki powietrzne zatapiały statki zaopatrzeniowe. Kutry torpedowe nękały Tokyo Express. Każdej nocy do żołnierzy na lądzie docierało coraz mniej zaopatrzenia. Japońscy żołnierze uciekali się do jedzenia korzeni, trawy i kory drzew. Cierpieli na malarię, bunt, beri i wiele chorób tropikalnych, na leczenie których ich system medyczny nie był przygotowany. Mężczyźni, którzy przed tygodniami byli silnymi wojownikami, stali się chodzącymi szkieletami, zbyt słabymi, by walczyć, zbyt słabymi, by się wycofać.

Opracowali własną, ponurą metodę określania, jak długo człowiek może przeżyć na wyspie. Ten, kto potrafi wstać, ma 30 dni życia. Ten, kto potrafi siedzieć, ma 20 dni. Ten, kto musi oddawać mocz w pozycji leżącej, ma 3 dni. Ten, kto nie może mówić, ma 2 dni. Ten, kto nie może mrugać oczami, umrze o świcie. Bezradnie patrzyli, jak amerykańskie samoloty przelatują nad ich głowami z lotniska, którego nie udało im się zdobyć.

Widzieli amerykańskie statki dostarczające zaopatrzenie marines, podczas gdy ich własne siły głodowały. Słyszeli odgłosy amerykańskiej artylerii, amerykańskich bombowców, amerykańskich karabinów maszynowych i wiedzieli, że wszystko, co obiecali im dowódcy, było kłamstwem. Psychologiczny wpływ na Japonię wykraczał daleko poza śmierć żołnierzy w dżungli. Po raz pierwszy w wojnie na Pacyfiku siły japońskie zostały zmuszone do całkowitego zatrzymania przez Amerykanów. Po raz pierwszy mit o japońskiej niezwyciężoności prysł.

W grudniu generał Hyakutake był zdesperowany. 23 grudnia wysłał do Tokio meldunek, który odzwierciedlał sytuację na miejscu. Brak żywności i nie możemy już wysyłać zwiadowców. Nie możemy nic zrobić, aby odeprzeć ofensywę wroga. 17. Armia prosi teraz o pozwolenie na wdarcie się na pozycje wroga i śmierć honorową, zamiast umierać z głodu we własnych schronach. Admirał Isuroku Yamamoto, dowódca połączonej floty, napisał do wiceadmirała Gunichi Mikawy, że sytuacja na Wyspie Guadal jest bardzo poważna.

Znacznie poważniejszym problemem była wojna rosyjsko-japońska, w której Japończycy musieli zająć Port Arthur, zanim Flota Bałtycka zbliżyła się do wód Dalekiego Wschodu. To było niezwykłe porównanie. Oblężenie Port Arthur w latach 1904 i 1905 było jedną z najtrudniejszych i najkosztowniejszych kampanii w historii japońskiej armii. Porównanie Kanału Guadal do tej desperackiej walki przez Yamamoto pokazało, jak bardzo kampania ta przerosła wszelkie oczekiwania. Japończycy ostatecznie wycofali się z Kanału Guadal na początku lutego 1943 roku.

Operacja K, jak ją nazwano, była jedną z najbardziej udanych operacji ewakuacyjnych wojny. W ciągu trzech nocy japońskie niszczyciele ewakuowały z wyspy około 10 600 ocalałych żołnierzy pod nosem sił amerykańskich. Pozostawiły po sobie ponad 14 000 poległych w walce i kolejne 9000 zmarłych z powodu chorób i głodu. Na każdego Amerykanina zabitego na Kanale Guadal, Japończycy tracili prawie 10 ludzi. Ci, którzy uciekli, byli załamani. Wielu z nich cierpiało na schorzenia, które nigdy nie miały się w pełni wyleczyć.

Generał dywizji Kyotake Kawaguchi, dowódca, który poniósł porażkę pod Edson’s Ridge, widział na własne oczy, jak kampania pochłonęła najznakomitsze japońskie jednostki. Lepiej niż ktokolwiek inny rozumiał, co straty oznaczają dla przyszłości Japonii na Pacyfiku. Nie przesadzał. Kanał Guadal pochłonął jedne z najlepszych japońskich jednostek. Dywizja Sendai, Pułk Ichiki, Brygada Kawaguchi – wszystkie zostały rozbite przez obronę piechoty morskiej. Piloci i załogi lotnicze stracone w bitwach powietrznych nad wyspą były niezastąpione.

Statki zatopione w wodach wokół Kanału Guadal w bitwach o takie nazwy jak Wyspa Seavo, Wschodnie Wyspy Salomona, Przylądek Espirant i bitwa morska o Kanał Guadal stanowiły upadek potęgi morskiej, którego Japonia nie była w stanie utrzymać. Ale najważniejsza strata była niewidoczna. To było zniszczenie wiary. Marines walczący na Kanale Guadal udowodnili coś, co japońscy dowódcy uważali za niemożliwe. Amerykanie potrafili walczyć. Amerykanie potrafili utrzymać swoją pozycję. Amerykanie potrafili dorównać japońskiej zaciekłości i determinacji w walce wręcz.

Duchowa przewaga, która miała zagwarantować japońskie zwycięstwo, po prostu nie istniała. Uświadomienie sobie tego faktu rozprzestrzeniło się wśród japońskiego establishmentu wojskowego z niszczycielskim skutkiem. Na Wyspach Salomona, w Nowej Gwinei, w każdej kolejnej kampanii wojny na Pacyfiku japońscy dowódcy stawiali czoła przeciwnikom, którzy się nie załamywali, nie poddawali i nie uciekali. Taktyczne implikacje były doniosłe. Japońscy dowódcy nie mogli już zakładać, że agresywne nocne ataki doprowadzą do załamania amerykańskich linii. Nie mogli już liczyć na duchową przewagę w przezwyciężaniu materialnych niedogodności.

Musieli walczyć z Amerykanami jak równy z równym. A w takiej walce amerykańska produkcja przemysłowa i przewaga logistyczna miały okazać się decydujące. Sami marines nie zamierzali obalać japońskiej ideologii. Po prostu robili to, do czego zostali wyszkoleni. Jednak broniąc pola Henderson Field przed powtarzającymi się japońskimi atakami, obalili jedno z najniebezpieczniejszych założeń w historii nowożytnej wojskowości. Konsekwencje te miały odbić się echem w każdej kolejnej bitwie. Generał dywizji Alexander Vandergrift otrzymał Medal Honoru za dowodzenie nad Kanałem Guadal.

W odznaczeniu doceniono jego wytrwałość, odwagę i zaradność w walce z silnym, zdeterminowanym i doświadczonym wrogiem. Prezydent Franklin Roosevelt wręczył mu medal podczas ceremonii w Białym Domu w lutym 1943 roku. Vandergrift został później 18. komendantem Korpusu Piechoty Morskiej i pierwszym żołnierzem piechoty morskiej, który w czynnej służbie otrzymał stopień generała czterogwiazdkowego. Podpułkownik Merritt Edson, który dowodził obroną Bloody Ridge, również otrzymał Medal Honoru. Jego odznaczenie opisywało, jak wielokrotnie wystawiał się na ostrzał wroga, aby dowodzić i dodawać otuchy swoim ludziom.

Sam grzbiet do dziś nosi jego imię, stanowiąc trwały pomnik dla 800 marines, którzy bronili go przed falami japońskich ataków z brygady Kawaguchiego. Sierżant John Basilone, karabin maszynowy, który bronił pozycji przed 3000 japońskich żołnierzy, stał się bohaterem narodowym. Odbierając Medal Honoru, powiedział coś, co oddało ducha marines na Kanale Guadal. Tylko część tego medalu należy do mnie. Jego fragmenty należą do chłopców, którzy wciąż przebywają na Kanale Guadal.

Zaproponowano mu oficerstwo i przydział w Stanach Zjednoczonych, możliwość bezpiecznego przeczekania reszty wojny, jednocześnie sprzedając obligacje wojenne. Odrzucił je. Zwrócił się z prośbą o powrót do walki 19 lutego 1945 roku. Zginął pierwszego dnia inwazji na Eojimę, samotnie niszcząc japoński bunkier, a następnie prowadząc czołg przez pole minowe pod ciężkim ostrzałem. Został odznaczony Krzyżem Marynarki Wojennej (Marine Cross), stając się jedynym żołnierzem piechoty morskiej w II wojnie światowej, który otrzymał zarówno Medal Honoru, jak i Krzyż Marynarki Wojennej.

Został pochowany na Narodowym Cmentarzu w Arlington. Pierwsza dywizja piechoty morskiej, jednostka, która poniosła największe straty w kampanii o Guadal, została tak wyniszczona walkami i chorobami, że musiała zostać wycofana z Pacyfiku na miesiące rekonwalescencji. Kiedy dywizja ponownie uzyskała gotowość bojową, walczyła o Cape Gloucester, Pelu i Okinawę. Na jej naszywce naramiennej do dziś widnieje napis „Guadadal Canal”. Przydomek dywizji, „stary szczep”, pochodzi od żołnierzy, którzy tam walczyli.

Dziś ta naszywka na ramieniu to czerwona cyfra 1 na niebieskim rombowym tle z konstelacją Krzyża Południa i napisem Guadal Canal pod spodem. Każdy marines, który służył w pierwszej dywizji od 1943 roku, nosił tę naszywkę – trwałe przypomnienie o dokonaniach ich poprzedników na tej porośniętej dżunglą wyspie. Ale być może najważniejsze dziedzictwo Guadal Canal było niewidoczne. Było nim zniszczenie idei, wiary w japońską wyższość duchową, która może pokonać każdego wroga.

To przekonanie podtrzymywało japońską pewność siebie w wojsku przez dziesięciolecia. Przekonywało japońskich planistów, że mogą walczyć i wygrać wojnę ze Stanami Zjednoczonymi pomimo ogromnych braków w potencjale przemysłowym i zasobach. Kanał Guadal dowiódł, że to nieprawda. Marines nie zwyciężyli dzięki lepszemu sprzętowi. Pod wieloma względami ich uzbrojenie było gorsze od japońskiego. Myśliwiec Zero był bardziej zwrotny niż samoloty amerykańskie. W pierwszych miesiącach wojny japońskie torpedy były bardziej niezawodne.

Japońska taktyka walki nocnej była lepsza od wszystkiego, co posiadali Amerykanie. Nie zwyciężyli dzięki przewadze liczebnej. Często byli w mniejszości. Ichi zaatakował 900 ludzi przeciwko 11 000 marines, ale siły Kawaguchiego były porównywalne z tym, co marines mieli do dyspozycji do obrony grzbietu. Podczas ofensywy październikowej Japończycy wystawili 20 000 ludzi przeciwko niewiele liczniejszym siłom marines. Nie zwyciężyli dzięki przytłaczającej sile ognia. Ich zapasy były ograniczone przez całą kampanię. Amunicja artyleryjska musiała być reglamentowana.

Żywność była tak uboga, że ​​marines tracili na wadze przez całą bitwę. Zapasy medyczne się kończyły. Wszystko musiało być dostarczane statkami lub samolotami przez wody i przestworza, nad którymi rywalizowały japońskie siły. Wygrali, bo walczyli. Utrzymali swoją pozycję, mimo że doktryna mówiła, że ​​nie powinni. Dorównali japońskiej determinacji swoją własną. Udowodnili, że duchowe cechy, które japońscy dowódcy uważali za wyjątkowe, były obecne w równym stopniu po drugiej stronie linii frontu.

Japońscy dowódcy wojskowi latami przekonywali samych siebie, że Amerykanie są mięczakami. Wierzyli, że amerykańska demokracja kształtuje obywateli, którzy cenią sobie komfort osobisty bardziej niż zbiorowe poświęcenie. Wierzyli, że amerykański materializm wypaczył ducha walki, którego potrzebują wszyscy prawdziwi wojownicy. Wierzyli, że gdy Amerykanie staną przed wyborem między śmiercią a kapitulacją, zawsze wybiorą kapitulację. Kanał Guadal udowodnił im, jak bardzo się mylili. Marines, którzy wylądowali na Kanale Guadal w sierpniu 1942 roku, byli w większości młodymi mężczyznami w wieku od późnych lat nastoletnich do wczesnych lat dwudziestych.

Wielu nigdy nie opuszczało domu przed dołączeniem do rdzenia. Byli chorzy, głodni, niedostatecznie zaopatrzeni i tygodniami operowali bez wsparcia marynarki wojennej. Utrzymali lotnisko, aby stawić czoła najbardziej elitarnym oddziałom, jakie Imperium Japońskie mogło im wysłać. Dokonali tego nie dzięki jakiemuś tajemniczemu duchowi wojownika, ale dzięki dyscyplinie, szkoleniu i czystej, upartej odmowie poddania się. Zrobili to, ponieważ byli marines. Zrobili to, ponieważ ich oficerowie powiedzieli im, że grzbiet musi się utrzymać, a oni w to uwierzyli.

Zrobili to, ponieważ mężczyźni obok nich liczyli, że nie uciekną. Zrobili to, bo właśnie do tego się zobowiązali, kiedy po ataku na Pearl Harbor weszli do punktów rekrutacyjnych. Kiedy japońscy dowódcy dowiedzieli się, z czym mierzyli się ich żołnierze na Kanale Guadal, zaczęli rozumieć, że wojna, którą rozpoczęli, nie skończy się tak, jak planowali. Amerykanie nie będą negocjować. Nie będą prosić o pokój. Będą walczyć wyspa po wyspie, aż sama Japonia zostanie zagrożona.

Admirał Yamamoto ostrzegał przed tym jeszcze przed rozpoczęciem wojny. W ciągu pierwszych 6–12 miesięcy wojny ze Stanami Zjednoczonymi i Wielką Brytanią powiedział: „Będę szalał i odniosę zwycięstwo za zwycięstwem. Ale jeśli wojna będzie się przedłużać, nie spodziewam się sukcesu”. Kanał Guadalajara był miejscem, gdzie ta przepowiednia się sprawdziła. Sześć miesięcy dobiegło końca. Seria zwycięstw dobiegła końca. Pozostała wyniszczająca, brutalna wojna na wyniszczenie, której Japonia nie była w stanie wygrać.

Marines na Kanale Guadal nie zdawali sobie sprawy, że zmieniają historię. Po prostu próbowali przetrwać. Walczyli z malarią i buntem u boku Japończyków. Żywili się zdobytym ryżem i skażoną wodą. Codziennie tracili przyjaciół z powodu ostrzału wroga i chorób tropikalnych. Ale broniąc tego lotniska, nie poddając się, pokazali coś, co ukształtowało resztę wojny na Pacyfiku. Amerykańscy marines potrafili walczyć. Amerykańscy marines się nie poddali. Japońscy dowódcy, którzy opierali całą swoją strategię na założeniu, że Amerykanom brakuje ducha walki, całkowicie się mylili.

Generał dywizji Kiyotake Kawaguchi rozumiał to lepiej niż ktokolwiek inny. Dowodził atakiem na Krwawy Grzbiet. Widział, jak jego ludzie giną z rąk marines, którzy nie chcieli się wycofać. Obserwował, jak jego starannie zaplanowana ofensywa załamuje się w starciu z obrońcami, którzy dorównywali japońskiej determinacji swoją własną. Po wojnie, gdy historycy poprosili go o ocenę kampanii, wydał swój werdykt. Powiedział, że Kanał Guadal jest cmentarzyskiem japońskiej armii. Miał rację. Wszystko, co nastąpiło później: kampania wyspiarska na Pacyfiku, upadek Saipanu, który sprawił, że amerykańskie bombowce znalazły się w zasięgu japońskiej ojczyzny, straszliwe bitwy o Ewimę i Okinawę, bomby atomowe, które ostatecznie zakończyły wojnę.

Wszystko to wyrosło z nasion zasianych na porośniętej dżunglą wyspie na Wyspach Salomona, gdzie amerykańscy marines udowodnili, że japońscy dowódcy mylili się we wszystkim. Japońskie wojsko spędziło dekady przygotowując się do wojny ze Stanami Zjednoczonymi. Studiowało amerykańską kulturę. Oceniało amerykański potencjał militarny. Doszło do wniosku, że Amerykanom brakuje woli walki. Potrzeba było 6 miesięcy na Kanale Guadal, aby raz na zawsze obalić to założenie. Dziś pola bitewne Kanału Guadal są ciche. Dżungla odzyskała większość pozycji bojowych.

Zardzewiały sprzęt i porozrzucane kości od czasu do czasu wyłaniają się na powierzchnię, gdy rolnicy orzą swoje pola. Wzgórze, na którym ludzie Edsona walczyli z brygadą Kawaguchiego, jest teraz spokojne, porośnięte trawą i tropikalnymi kwiatami, ale pamięć o nim pozostała. W Korpusie Piechoty Morskiej Kanał Guadal jest świętą ziemią. Ludzie, którzy tam walczyli, są czczeni jako fundament wszystkiego, co nastąpiło później. Wygrane przez nich bitwy, często z niemożliwymi przeciwnościami losu, ugruntowały reputację, która niosła jej sedno przez resztę wojny i późniejsze konflikty.

A w Japonii, choć bitwa jest mniej pamiętana niż w Ameryce, jej znaczenie jest rozumiane przez tych, którzy badają wojnę. Kanał Guadal był miejscem, gdzie nastąpił przełom. Kanał Guadal był miejscem, gdzie upadł mit o japońskiej niezwyciężoności. Kanał Guadal był miejscem, gdzie wszystko się zmieniło.

LEAVE A RESPONSE

Your email address will not be published. Required fields are marked *