Nazywali ich przestępcami… aż do czasu, gdy ich ostatnia walka zmieniła przyszłość najbardziej budzących postrach wojowników Ameryki .NP
Nazywali ich przestępcami… aż do czasu, gdy ich ostatnia walka zmieniła przyszłość najbardziej budzących postrach wojowników Ameryki
O godzinie 8:44 rano 15 czerwca 1944 roku porucznik Frank Tachsky kucał w łodzi Higginsa 300 jardów (ok. 270 metrów) od południowych plaż Saipanu, gdy japońskie pociski artyleryjskie eksplodowały w falach wokół niego. 29-letni oficer piechoty morskiej z New Brighton w Pensylwanii dowodził 40 ludźmi, z których każdy został wybrany z brygady lub oddziału karnego, a ich misja wymagała od nich samotnej walki za liniami wroga przez wiele dni, z garnizonem na wyspie. Wywiad szacował liczebność japońskich żołnierzy na 30 000.
Pluton snajperów zwiadowczych Tachsky’ego trenował przez 6 miesięcy w Camp Terowa na Hawajach, ale Saipan miał być ich pierwszą operacją bojową, a planiści Korpusu Piechoty Morskiej obliczyli już, że średnia liczba ofiar wśród snajperów zwiadowczych na Pacyfiku wyniosła 73%. Pluton Tachsky’ego stanowił drugi eksperyment Korpusu Piechoty Morskiej z elitarnymi jednostkami rozpoznawczymi. Po krwawej bitwie pod Tarową 7 miesięcy wcześniej, pułkownik James Rizley z Szóstego Pułku Piechoty Morskiej poprosił o zezwolenie na utworzenie wyspecjalizowanego plutonu snajperów zwiadowczych. Korpus Piechoty Morskiej stracił 994 ludzi pod Teroa w zaledwie 76 godzin.
Rizley wierzył, że lepszy wywiad japońskich fortyfikacji może zmniejszyć te straty. Potrzebował ludzi, którzy potrafią zabijać bezgłośnie, mapować pozycje wroga i przetrwać samotnie na wrogim terytorium. Standardowe szkolenie marines wykształciło doskonałych strzelców i żołnierzy szturmowych. Ale Rizley potrzebował czegoś innego. Potrzebował ludzi, którzy myśleli samodzielnie, ignorowali zasady i walczyli nieuczciwie. Znalazł ich w systemie kar. Tachsky miał konkretne kryteria rekrutacji. Kiedy dwóch marines wdało się w bójkę, zwycięzca trafiał do aresztu, a przegrany do izby chorych.
Tachsky chciał zwycięzcę. Mężczyzna z przeszłością dyscyplinarną za bójki udowodnił, że potrafi sobie poradzić w walce wręcz. Korpus Piechoty Morskiej nazywał takich ludzi awanturnikami. Tachsky nazywał ich rozbitkami. W ciągu dwóch miesięcy w Camp Tarowa zebrał 42 marines z różnych oddziałów karnych z Drugiej Dywizji Piechoty Morskiej. Najmłodszy miał 17 lat. Najstarszy 34. Większość z nich miała przeszłość kryminalną przed wstąpieniem do piechoty morskiej. Kilku zostało aresztowanych za kradzież, napaść lub bójkę. Jeden był zawodowym bokserem.
Inny pracował jako ochroniarz gangstera z Chicago. Korpus Piechoty Morskiej dał tym mężczyznom wybór. Więzienie wojskowe albo służba bojowa. Wybrali walkę. Szkolenie w Camp Tarowa koncentrowało się na umiejętnościach, których nie uczył regularny Korpus Piechoty Morskiej. Techniki cichego zabijania nożami i gołymi rękami. Jak podejść wartownika od tyłu i złamać mu kark bez wydawania dźwięku. Jak poruszać się w dżungli, nie naruszając roślinności. Jak czytać japońskie mapy i dokumenty. Jak wezwać ostrzał z okrętów i ataki artyleryjskie.
Pluton ćwiczył z karabinami M1903 Springfield wyposażonymi w osiem celowników optycznych. Uczyli się strzelać z odległości 600 jardów (557 m) i trafiać w cel wielkości człowieka. Ćwiczyli z bazookami, ucząc się niszczyć czołgi i pozycje ufortyfikowane. Studiowali japońską taktykę, poznając sposoby obrony wysp przez wroga i rozmieszczania żołnierzy. Pluton uczył się również kradzieży. Marines z konieczności byli notorycznymi złodziejami. Korpus Piechoty Morskiej był najgorzej wyposażonym rodzajem armii amerykańskiej w 1944 roku. Marines otrzymywali nadwyżki broni z I wojny światowej, przestarzały sprzęt i niewystarczające racje żywnościowe.
Aby przetrwać, kradli z lepiej zaopatrzonych jednostek armii i marynarki wojennej. Ludzie Tachskiego celowali w kradzieży. Napadali na wojskowe magazyny zaopatrzeniowe w poszukiwaniu żywności, magazyny marynarki wojennej w poszukiwaniu sprzętu, a nawet kradli jeepy i ciężarówki. Inni marines z szóstego pułku nadali im przydomek „40 złodziei”. Nazwa ta się przyjęła. Do czerwca 1944 roku „40 złodziei” ukończyło szkolenie. Wiedzieli, jak walczyć, jak się ukrywać i jak zabijać bez hałasu. Znali na pamięć japońskie schematy fortyfikacji i studiowali zdjęcia lotnicze Saipanu.
Zrozumieli swoją misję. Lądować wraz z pierwszą falą uderzeniową. Wkroczyć w głąb lądu przed głównymi siłami. Zlokalizować japońskie pozycje i przekazać współrzędne radiowe artylerii i okrętom. Następnie zniknąć w dżungli i kontynuować mapowanie wrogich fortyfikacji. Dniami za liniami wroga. Bez wsparcia, bez ratunku w razie schwytania. Informacje wywiadowcze jasno wskazywały, co ich czeka. Saipan był pierwszym japońskim terytorium, które Amerykanie mieli zaatakować. Wyspę uważano za część samej Japonii, a nie za terytorium okupowane.
Japończycy bronili jej z samobójczą determinacją. Garnizon składał się z 30 000 żołnierzy Armii Cesarskiej i Marynarki Wojennej oraz tysięcy uzbrojonych cywilów. Wyspa miała 22,5 km długości i 8 km szerokości. Góra Tapucha wznosiła się na wysokość 457 metrów w centrum, zapewniając Japończykom punkty obserwacyjne z widokiem na każdą plażę. Japończycy zbudowali betonowe schrony, połączone okopy i podziemne bunkry na całej wyspie. Zarejestrowali każdą plażę i dolinę pod ostrzałem artyleryjskim i moździerzowym. Spodziewano się, że straty wśród Amerykanów przekroczą 50%.
Chcesz wiedzieć, czy przestępcy Tachsky’ego przeżyli to, co nastąpiło później? Kliknij „Lubię to”. To pomoże algorytmowi pokazać tę historię większej liczbie osób. Subskrybuj, aby poznać więcej nieopowiedzianych historii. Powrót do Tachsky’ego. Pomost dla łodzi Higginsa opadł do wody w Chestde. Tachsky poprowadził swoich ludzi naprzód przez fale, podczas gdy ogień karabinów maszynowych wzbijał wokół nich rozbryzgi. Dotarli na plażę o 8:47 rano. Japońskie moździerze zaczęły lądować wśród fal szturmowych. Mężczyźni zginęli w falach, w piasku przy falochronie.
Pluton Tachowskiego szybko posuwał się w głąb lądu. Rozkazy były proste. Ruszać dalej. Znaleźć Japończyków. Poinformować ich o pozycjach przez radio. Utrzymać się przy życiu. Do 9:30 rano wdarli się 300 jardów w głąb lądu, dalej niż jakakolwiek inna jednostka piechoty morskiej na plaży. Znaleźli się sami na terytorium wroga, mając przed sobą 30 000 japońskich żołnierzy gdzieś w dżungli. Za 9 godzin miała zapaść noc. Wtedy właśnie miała rozpocząć się ich prawdziwa misja. 40 złodziei przemieszczało się przez gęstą dżunglę w odległości 50 jardów od siebie, utrzymując kontakt wzrokowy za pomocą sygnałów ręcznych, które Tachski wyćwiczył podczas szkolenia.

Standardowa taktyka piechoty morskiej wymagała, aby jednostki trzymały się razem, posuwały się w formacji i utrzymywały kontakt radiowy z dowództwem. Rozkazy Tachsky’ego były inne. Jego pluton miał działać niezależnie, meldując pozycje wroga, ale podejmując własne decyzje taktyczne. Żadna inna jednostka piechoty morskiej na Saipanie nie miała takich uprawnień. O 10:15 sierżant Bill Canuple zauważył pierwszą pozycję Japończyków. Betonowy schron wbudowany w zbocze grzbietu, z połączonymi polami ostrzału osłaniającymi dolinę poniżej, gdzie druga dywizja piechoty morskiej miała nacierać później tego popołudnia.
W bunkrze znajdował się ciężki karabin maszynowy typu 92, obsługiwany przez siedmioosobową załogę. Japończycy zamaskowali pozycję roślinnością i ustawili ją tak, aby pozostawała niewidoczna z plaży. Jednostki szturmowe piechoty morskiej posuwające się przez dolinę miały wejść bezpośrednio w strefę rażenia. Mapa Tachsky’ego wskazywała trzy możliwe trasy natarcia piechoty morskiej. Japoński karabin maszynowy obejmował wszystkie trzy. Zniszczenie pozycji uratowałoby dziesiątki, a może i setki ofiar wśród marines, ale atak na nią ujawniłby pozycję 40 złodziei i utrudniłby im misję rozpoznawczą.
Tachsky podjął decyzję w 30 sekund. Pluton miał ze sobą bazookę specjalnie na takie sytuacje. Szeregowy Marvin Strombo zajął pozycję 80 jardów (ok. 73 m) od bunkra, podczas gdy reszta plutonu zapewniała ochronę. O 10:32 Strombo oddał jeden strzał. Rakieta trafiła w lufę bunkra i zdetonowała ją w środku. Eksplozja zabiła natychmiast całą japońską załogę. Zanim dym opadł, pluton Tachsky’ego zdążył już zapuścić się o 300 jardów (ok. 270 m) w głąb dżungli. Nie pozostawili po sobie śladu poza zniszczonym bunkrem.
Kiedy cztery godziny później jednostki 2. Dywizji Piechoty Morskiej przemierzały dolinę, nie napotkały ostrzału karabinów maszynowych z tego grzbietu. Do południa 40 złodziei zidentyfikowało i naniosło na mapę 17 pozycji japońskich, osiem gniazd karabinów maszynowych, cztery okopy moździerzowe, trzy stanowiska obserwacyjne artylerii i dwa magazyny amunicji. Taczski przekazał współrzędne drogą radiową do dowództwa pułku za pomocą zakodowanych protokołów transmisji. W ciągu 20 minut ogień artyleryjski z niszczycieli na morzu zaczął trafiać w cele. 40 złodziei obserwowało z ukrycia, jak pociski kalibru 5 cali (12,7 cm) niszczą japońskie fortyfikacje, które oznaczyli 30 minut wcześniej.
To była ich misja. Znaleźć wroga, oznaczyć go do zniszczenia i ruszyć dalej, zanim Japończycy zorientują się, co się dzieje. Natarcie plutonu przeniosło ich wczesnym popołudniem o 2 mile w głąb lądu, znacznie wyprzedzając każdą inną jednostkę amerykańską. Przemieszczali się przez teren, którego marines nie dotrą przez kolejne trzy dni. Co godzinę, po przebyciu 100 jardów, odsłaniano nowe pozycje Japończyków. Wyspa była silniej ufortyfikowana, niż szacował wywiad. Tachsky naliczył ponad 200 żołnierzy wroga w jednej tylko dolinie, okopanych na pozycjach, których zdobycie zajęłoby kilka dni frontalnego ataku.
Jednak dzięki precyzyjnym współrzędnym, ostrzał artyleryjski z okrętu mógł zniszczyć te pozycje w ciągu kilku minut. 40 złodziei zmieniło sposób walki Korpusu Piechoty Morskiej. O 15:40 pluton odkrył coś nieoczekiwanego. Japoński batalion czołgów znajdował się w strefie postoju. 37 czołgów średnich Typ 97 stało pod siatką maskującą w gaju na północ od Chiron w Canoa. Wywiad piechoty morskiej oszacował, że Japończycy posiadają na Saipanie około tuzina czołgów. 40 złodziei właśnie znalazło trzy razy więcej w jednym miejscu. Czołgi stanowiły najpoważniejsze zagrożenie dla amerykańskiego przyczółka.
Japońska doktryna przewidywała masowe ataki czołgów w nocy, kiedy amerykański ostrzał morski byłby mniej skuteczny. Gdyby te 37 czołgów zaatakowało plażę po zmroku, mogłyby potencjalnie przebić się przez linie piechoty morskiej i dotrzeć do wrażliwych punktów zaopatrzenia. Taczski natychmiast przekazał współrzędne drogą radiową. Odpowiedź z dowództwa nadeszła w ciągu 8 minut. Ostrzał morski był już prowadzony, wspierając jednostki piechoty morskiej unieruchomione w pobliżu plaży. Naloty skierowano na inne cele. Artyleria była nadal rozładowywana z okrętów. Przez co najmniej 4 godziny nie było dostępnych żadnych środków, które mogłyby trafić batalion czołgów.
Do tego czasu zapadnie zmrok, a czołgi prawdopodobnie już się ruszyły. Tchovsky spojrzał na 37 czołgów i wykonał obliczenia. Jego pluton miał sześć bazooek, sześć pocisków na bazookę, łącznie 36 rakiet, 37 czołgów. Rachunek był niemal idealny. Decyzja ta naruszała wszystkie zasady taktyczne nauczane przez Korpus Piechoty Morskiej. 40-osobowa jednostka nie atakuje batalionu czołgów. Ale Tachsky nie zrekrutował marines, którzy przestrzegali zasad. Zrekrutował ludzi, którzy walczyli nieczysto i przetrwali. O 16:15 wydał rozkaz przygotowania do szturmu.
Czterdziestu złodziei miało osobiście zaatakować batalion czołgów. Jeśli im się uda, zapobiegną potencjalnej katastrofie na przyczółku. Jeśli im się nie uda, zginie 40 ludzi i nikt nigdy nie dowie się, co się z nimi stało w tym gaju w dżungli. Strombo sprawdził swoją bazookę i policzył rakiety. Sześć strzałów wystarczyło, by zniszczyć sześć czołgów. Potem miała nastąpić walka wręcz. Tachsky rozstawił sześć drużyn z bazookami w półkolu wokół miejsca postoju czołgów, zachowując między nimi odległość 40 jardów (ok. 36 metrów), aby zmaksymalizować zasięg.
Każda drużyna składała się z strzelca i ładowniczego. Plan był prosty: trafić jak najwięcej czołgów w ciągu pierwszych 30 sekund, a następnie wycofać się w dżunglę, zanim japońska piechota zdąży odpowiedzieć. Marines wiedzieli, że nie zniszczą wszystkich 37 czołgów, ale nawet unieszkodliwienie 10 lub 15 znacznie zmniejszyłoby zagrożenie dla przyczółka. O 16:25, gdy drużyny zajmowały pozycje, coś się zmieniło. Japońskie czołgi uruchomiły silniki. Dźwięk 37 silników Diesla, które jednocześnie ożyły, rozniósł się echem po dżungli.
Japońskie załogi czołgów wyłaniały się z maskujących okopów i wsiadały na swoje pojazdy. Oficerowie wykrzykiwali rozkazy. Jednostki piechoty zaczęły formować się wokół czołgów. Nie było to przegrupowanie. To było przygotowanie do ataku. Taczawski spojrzał na zegarek. 16:28 Zachód słońca nastąpił o 19:12. Japończycy przygotowywali się do ataku o zmierzchu, wcześniej niż przewidywał wywiad piechoty morskiej. Całe siły wroga były teraz w stanie gotowości i przygotowywały się do walki. Okno na atak z zaskoczenia się zamknęło. Taczawski podjął nową decyzję.
Jego pluton miał śledzić batalion czołgów i meldować o jego ruchach. Atak teraz nie przyniósłby żadnych rezultatów poza zabiciem jego ludzi, ale śledzenie czołgów i dostarczanie współrzędnych w czasie rzeczywistym pozwoliłoby jednostkom piechoty morskiej na plaży przygotować obronę. Przesłał do dowództwa aktualne informacje przez radio. Batalion czołgów wroga mobilizuje się do ataku. Przewidywany czas dotarcia do amerykańskich linii między 19:00 a 20:00. Odpowiedź nadeszła natychmiast. Kontynuować obserwację. Nie atakować. Kontynuować meldunek. Batalion czołgów rozpoczął ruch o 17:07.
Posuwali się w dwóch kolumnach równoległymi trasami w kierunku wybrzeża. Japońskie jednostki piechoty, liczące łącznie około 1000 żołnierzy, poruszały się obok czołgów. Był to poważny atak, a nie atak sondażowy. Japończycy zamierzali przełamać linie morskie i dotrzeć do plaż przed zapadnięciem zmroku. Jeśli im się to uda, będą mogli zniszczyć składy zaopatrzenia, stanowiska artyleryjskie i stanowiska dowodzenia. Cała amerykańska inwazja mogła załamać się w ciągu jednego wieczoru. 40 łotrów podążało za formacją wroga, utrzymując się w odległości 200 jardów od flanki i wykorzystując osłonę dżungli jako osłonę.
Co 10 minut Tachsky przekazywał przez radio zaktualizowane współrzędne, wskazujące pozycję i kierunek ruchu wroga. Jednostki piechoty morskiej na plaży zaczęły zmieniać pozycje, aby stawić czoła zagrożeniu. Bazooki zostały rozdysponowane do jednostek na linii frontu. Czołgi Sherman z drugiego batalionu pancernego piechoty morskiej ruszyły naprzód. Baterie artylerii skorygowały swoje punkty celowania. Cała druga dywizja piechoty morskiej przygotowała się na atak czołgów z maską. O godzinie 18:15, około 1 mili od plaży, japońska formacja zatrzymała się. Oficerowie zebrali się na naradę. Tachsky obserwował ich przez lornetkę z odległości 300 jardów (275 metrów).
Japończycy kłócili się o coś. Jeden oficer wskazał na wybrzeże. Drugi gestem wskazał na północ. Trzeci oficer rozwinął mapę. Narada trwała 11 minut. W końcu oficerowie wrócili do swoich jednostek, a formacja zmieniła kierunek. Zamiast jechać prosto w kierunku plaży, czołgi skręciły na północ. Manewr zaskoczył Tchovskiego. Mapy wywiadowcze piechoty morskiej nie wskazywały na żadne wartościowe cele w tym kierunku. Obszar był w większości porośnięty dżunglą i trudnym terenem, ale Japończycy wyraźnie mieli konkretny cel.
Formacja posunęła się o milę na północ, a następnie ponownie skierowała się na zachód, w stronę wybrzeża. O 19:05, gdy słońce dotknęło horyzontu, Tachsky zrozumiał ich plan. Japończycy nie atakowali głównego przyczółka. Celowali w lukę między 2. a 4. Dywizją Piechoty Morskiej. Udane przebicie się w tym miejscu podzieliłoby siły amerykańskie na pół. Tachsky nadał ostrzeżenie przez radio, ale Japończycy idealnie wybrali moment. Zapadał zmierzch. Łączność radiowa stała się utrudniona, ponieważ jednostki piechoty morskiej przestawiły się na operacje nocne.
Baterie artyleryjskie były w trakcie uzupełniania amunicji. Czołgi Sherman tankowały. Przerwy między dywizjami broniły zaledwie dwie kompanie piechoty morskiej, liczące około 340 ludzi, przeciwko 37 czołgom i 1000 japońskiej piechoty. O 19:23 rozpoczął się japoński atak. 40 rabusiów obserwowało z podwyższenia, jak wrogie czołgi toczyły się naprzód w mroku. Pozycje obronne piechoty morskiej rozgorzały ogniem z bazooki. Pierwsze trzy japońskie czołgi stanęły w płomieniach, ale kolejne 34 nadciągały. Japońska piechota szarżowała za czołgami, krzycząc i strzelając.
Marines wycofali się z początkowych pozycji. Japońskie przełamanie zakończyło się sukcesem. W ciągu 15 minut wrogie czołgi miały dotrzeć do plaży. Tachsky spojrzał na swoje sześć bazooek i 34 czołgi poniżej. Wtedy zobaczył coś, co zmieniło wszystko. Jeden japoński czołg oddzielił się od głównej formacji i zmierzał prosto w kierunku stanowiska dowodzenia szóstego pułku piechoty morskiej, gdzie pułkownik Rley koordynował reakcję całej dywizji. Czołg Typ 97 poruszał się w ciemności z prędkością około 24 km/h, podążając wąwozem prowadzącym bezpośrednio do stanowiska dowodzenia.
Japoński dowódca czołgu zidentyfikował słaby punkt w obronie piechoty morskiej. 200-jardowa luka, gdzie teren dżungli uniemożliwiał łatwe rozmieszczenie broni przeciwpancernej. Gdyby czołg dotarł do stanowiska dowodzenia, mógłby zniszczyć sprzęt radiowy, zabić starszych oficerów i sparaliżować reakcję całego pułku na główny atak. Pułkownik Rizley i jego sztab byli w odległości około 400 jardów, zupełnie nieświadomi zbliżającego się zagrożenia. Tachsky miał może 3 minuty na działanie. Złapał szeregowego Herberta Hajesa, najlepszego strzelca z bazooki w plutonie.
Hajes zniszczył sześć celów podczas ćwiczeń w Camp Terowa, nie pudłując ani razu. Jednak cele treningowe nie poruszały się, nie odpowiadały ogniem i nie miały pancerza zaprojektowanego do odbijania rakiet. Przedni pancerz Typu 97 miał 50 mm grubości, co wystarczało, by potencjalnie odbić pocisk z bazooki wystrzelony pod niewłaściwym kątem. Hajes potrzebował idealnego strzału bocznego, aby zagwarantować penetrację. Tachsky i Hajes pędzili w dół zbocza, ścigając się z czasem, by przechwycić czołg, zanim dotrze on do stanowiska dowodzenia.
Dotarli do pozycji 30 jardów (ok. 27 m) od przewidywanej trasy czołgu o 19:31. Hajes padł na ziemię i wycelował z bazooki. Czołg wyłonił się z wąwozu 20 sekund później. Jego wieża obracała się, szukając celu. Dowódca stał w otwartym włazie, obserwując ciemność przez lornetkę. Hajes czekał. Czołg w ruchu był trudniejszy do trafienia niż stojący. Potrzebował idealnego momentu. Czołg kontynuował jazdę. 25 jardów (ok. 25 m), 20 jardów (ok. 15 m), a potem się zatrzymał. Silnik pracował na biegu jałowym.
Dowódca sprawdzał mapę, próbując potwierdzić swoją pozycję. Hajes oddał strzał o 19:32. Rakieta trafiła w lewy bok czołgu, tuż pod pierścieniem wieży, dokładnie tam, gdzie pancerz był najcieńszy. Ładunek kumulacyjny przebił się i zdetonował w przedziale załogi. Eksplozja zabiła natychmiast wszystkich czterech członków załogi. Amunicja czołgu wypaliła się 6 sekund później, a cały pojazd stanął w płomieniach. Kula ognia rozświetliła dżunglę w promieniu 300 jardów (ok. 270 m) w każdym kierunku. Japońska piechota, zbliżająca się w pobliżu, zobaczyła eksplozję i założyła, że natknęła się na ważną pozycję obronną piechoty morskiej.
Skierowali atak z dala od stanowiska dowodzenia w kierunku tego, co uznali za większe zagrożenie. Strzał z bazooki Tchovsky’ego nie tylko zniszczył jeden czołg. Nieumyślnie skierował cały japoński batalion piechoty z dala od najsłabszego punktu obrony morskiej. Stanowisko dowodzenia pozostało bezpieczne. Pułkownik Rizley kontynuował nieprzerwaną koordynację odpowiedzi dywizji. Jednak błysk wylotowy z bazooki ujawnił pozycję Tchovsky’ego każdemu japońskiemu żołnierzowi w promieniu 457 metrów. Wrogi ogień z karabinów maszynowych rozpoczął ostrzeliwanie obszaru, w którym stacjonowało 40 złodziei.
Rozpoczęły się ostrzał z moździerzy. Pluton musiał natychmiast się wycofać, by uniknąć najazdu. Wycofanie się przez dżunglę w ciemnościach pod ostrzałem wystawiło na próbę wszystko, do czego wyszkoliło się 40 złodziei. Standardowa procedura nakazywała, aby jednostki trzymały się razem i poruszały się w grupie, ale dżungla i ostrzał wroga to uniemożliwiły. Pluton podzielił się na małe, cztero- lub pięcioosobowe zespoły, które niezależnie poruszały się w kierunku ustalonych wcześniej punktów zbornych. Japońskie patrole były wszędzie, szukając marines, którzy zniszczyli ich czołg.
Kilkakrotnie 40 oddziałów Thieves znajdowało się w odległości kilku metrów od wrogich żołnierzy. Postawili na ciche poruszanie się i ukrywanie, zamiast nawiązać walkę. Jedna strzelanina ujawniała ich pozycję i powodowała przytłaczającą reakcję wroga. Oddział szeregowego Strombo natknął się na japoński patrol o godzinie 20:05. Siedmiu żołnierzy wroga przedzierało się przez dżunglę, szukając z latarkami. Strombo i trzech innych marines leżeli nieruchomo w zaroślach, gdy patrol przechodził w odległości 3 metrów od ich pozycji. Jeden z japońskich żołnierzy zatrzymał się i spojrzał prosto w miejsce, w którym ukrywał się Strombbo.
Marine wstrzymał oddech. Japoński żołnierz stał tam przez 43 sekundy, wpatrując się w ciemność. W końcu ruszył dalej. Patrol kontynuował marsz, nie wykrywając Amerykanów. Do godziny 21:00 około połowa z 40 złodziei dotarła do głównego punktu zbornego, niewielkiej polany 600 jardów (ok. 550 m) za liniami marines. Tachsky naliczył 23 ludzi. 17 wciąż było zaginionych. Mogli zginąć, zostać schwytani lub po prostu zgubić się w ciemności. Standardowa procedura marines wymagała, aby jednostki czekały w punktach zbornych do 2 godzin na zaginiony personel, ale punkt zborny znajdował się zbyt blisko pozycji japońskich.
Patrole wroga aktywnie przeszukiwały okolicę. Tachsky podjął decyzję o wycofaniu zgromadzonej grupy z powrotem do Marine Lines i wysłaniu małych ekip ratunkowych na poszukiwania zaginionych po świcie. Grupa ruszyła w kierunku przyjaznych pozycji o 21:17. Ostrożnie zbliżyli się do Marine Lines, wiedząc, że nerwowi wartownicy często strzelają do wszystkiego, co porusza się w ciemności. Tchovsky użył wcześniej ustalonego sygnału rozpoznawczego – trzech krótkich gwizdów, po których nastąpiły dwa długie. Wartownicy Marine Lines wyzwali ich na pojedynek. Tofsky odpowiedział poprawnym hasłem.
40 złodziei wkroczyło na terytorium sojusznicze o 21:41. 23 mężczyznom udało się wrócić. 17 wciąż było gdzieś w ciemnościach. Japoński atak czołgów trwał przez całą noc. Pozycje obronne piechoty morskiej wzdłuż plaży donosiły o wrogich czołgach sondujących ich pozycje do 3:14. Amerykańskie bazooki zniszczyły 11 czołgów. Czołgi Sherman z drugiego batalionu pancernego piechoty morskiej zniszczyły dziewięć kolejnych. Ogień artyleryjski unieszkodliwił kolejnych siedem. Do świtu 16 czerwca Japończycy stracili 27 z 37 czołgów.
Atak zakończył się niepowodzeniem, ale kosztował marines ogromne straty. Drugi batalion, szósty marines, zgłosił 78 ofiar. Kompania F drugiego marines miała 19 zabitych lub rannych. Przerwa między dywizjami utrzymała się, ale ledwo. Tchovsky zebrał zespoły poszukiwawcze o świcie. Każdy zespół składał się z czterech ludzi z rozkazem odnalezienia zaginionych 17 marines i powrotu do południa. Zespoły wróciły w dżunglę o 6:30 rano, odtwarzając trasę plutonu z poprzedniego wieczoru.
Pierwsze ciało znaleziono o 7:05. Szeregowy Donald Evans został postrzelony dwa razy w klatkę piersiową, prawdopodobnie podczas wycofywania się pod ostrzałem. Zginął na miejscu. Jego nieśmiertelniki zaginęły. Japończycy często zbierali amerykańskie nieśmiertelniki jako trofea. Zespół pochował Evansa w płytkim grobie, oznaczonym jego karabinem i hełmem. Drugi zespół znalazł kolejne trzy ciała o 8:20. Ci marines zostali schwytani żywcem, a następnie straceni. Ich ręce były związane z tyłu.
Byli kłuci bagnetami. Japońskie siły na Saipanie rzadko brały jeńców. Armia Cesarska uważała kapitulację za hańbę i odnosiła się z tą pogardą do żołnierzy wroga, którzy się poddali. Jednak tych trzech marines się nie poddało. Zostali ranni, schwytani i zamordowani. Zespół poszukiwawczy poinformował o tym odkryciu przez radio Taczskiego. Nakazał im kontynuować poszukiwania pozostałych 13 zaginionych. Do godziny 10:00 rano zespoły poszukiwawcze odnalazły sześciu zaginionych marines żywych. Rozdzielili się podczas nocnego odwrotu, ale udało im się uniknąć japońskich patroli i dotrzeć do linii marines w różnych miejscach.
W ten sposób liczba odnalezionych żołnierzy wzrosła do 29. 13 nadal było zaginionych. O godzinie 11:15 jeden z zespołów poszukiwawczych nawiązał kontakt radiowy. Znaleźli pięciu kolejnych marines ukrywających się w jaskiniach około 1,6 km za liniami japońskimi. Marines żyli, ale zostali przygwożdżeni przez patrole wroga. Nie mogli się ruszyć bez wykrycia. Tachsky stanął przed kolejną decyzją. Mógł poprosić o wsparcie artyleryjskie, aby stworzyć dywersję, umożliwiając uwięzionym marines ucieczkę. Jednak ostrzał artyleryjski zaalarmowałby Japończyków o zainteresowaniu Amerykanów tym konkretnym miejscem, co potencjalnie doprowadziłoby do nasilenia patroli i uniemożliwiłoby przyszłe próby ratunkowe.
Mógł też natychmiast wysłać ekipę ratunkową, polegając na skradaniu się i szybkości, aby wydostać uwięzionych ludzi, zanim Japończycy zdążą zareagować. Pierwsza opcja była bezpieczniejsza, ale wolniejsza. Druga opcja była szybsza, ale bardziej ryzykowna. Tchopsky wybrał szybkość. Zebrał sześcioosobową ekipę ratunkową i ruszył o 11:47. Ekipa dotarła do systemu jaskiń o 12:33. Pięciu uwięzionych marines było wyczerpanych i odwodnionych, ale nie odniosło obrażeń. Spędzili noc, nasłuchując japońskich patroli przechodzących kilka metrów od ich kryjówki.
Jeden z marinesów chorował na malarię i miał gorączkę 39°C. Inny cierpiał na dyzenterię i ledwo chodził. Zespół ratunkowy rozdał wodę i środki medyczne, a następnie przygotował się do ewakuacji. Ewakuacja wymagała od zespołu pokonania jednej mili przez terytorium kontrolowane przez Japończyków w biały dzień. Standardowa taktyka marines zakładała poruszanie się w ciemności, ale uwięzieni marines nie mogli przetrwać kolejnych 12 godzin bez pomocy medycznej. Przypadek gorączki wymagał natychmiastowej ewakuacji. Przypadek dyzenterii był poważnym odwodnieniem. Tachsky zdecydował się na natychmiastową ewakuację i postawił na szybkość, a nie na ukrywanie się.
Połączona grupa 11 marinesów ruszyła w kierunku sojuszniczych linii o 22:05. Przebyli 400 jardów (ok. 365 metrów), zanim natknęli się na japoński patrol. 20 wrogich żołnierzy przemieszczało się przez dżunglę w standardowym szyku poszukiwawczym. Marines mieli dwie możliwości: ukryć się i mieć nadzieję, że patrol przejdzie bez wykrycia, albo zaatakować patrol z zasadzki i wyeliminować zagrożenie. Ukrycie groziło wykryciem. Zastawienie zasadzki groziło wezwaniem kolejnych japońskich żołnierzy w celu zbadania ostrzału. Tachsky wybrał zasadzkę. Element zaskoczenia dawał marines chwilową przewagę.
Gdyby udało im się wyeliminować cały patrol w 30 sekund, zanim ktokolwiek zdążyłby oddać strzał lub wezwać pomoc przez radio, mogliby uciec niezauważeni. Marines ustawili się w klasycznym szyku zasadzkowym w kształcie litery L. Osiem osób ustawiło się wzdłuż linii marszu patrolu. Trzech na końcu L, aby złapać każdego, kto próbowałby uciec. Japończycy weszli bezpośrednio w strefę śmierci o 13:23. Tachsky dał sygnał. 11 marines otworzyło ogień jednocześnie. Japoński patrol został zniszczony w 7 sekund.
20 żołnierzy wroga zginęło. Nikt nie ocalał, brak transmisji radiowych. Ale strzały słychać było z odległości co najmniej pół mili w każdym kierunku. Japońskie jednostki w całym rejonie miały nadciągnąć w to miejsce w ciągu kilku minut. Marines poruszali się pełnym biegiem, rezygnując z ukrycia na rzecz szybkości. Za nimi Japończycy wykrzykiwali komendy. Rozległy się gwizdy. Odgłosy mobilizacji wrogich jednostek niosły się echem po dżungli. Tachsky oszacował, że mieli około 5 minut, zanim Japończycy ich otoczą. Najbliższa pozycja obronna Marines znajdowała się 800 jardów dalej, na otwartym terenie, który oferował minimalną osłonę.
Przebycie tego dystansu z dwoma chorymi marines zajęłoby co najmniej 12 minut. Obliczenia były jasne. Japończycy dopadliby ich, zanim dotarliby w bezpieczne miejsce. O 13:29 marines napotkali nieoczekiwany problem. Teren przed nimi opadał w stromy wąwóz o głębokości 12 metrów i niemal pionowych zboczach. Obejście go wydłużyłoby trasę o 15 minut. Zejście i powrót na górę znacznie by ich spowolniły, ale pozostanie na grzbiecie oznaczało pewny kontakt z ścigającymi ich siłami japońskimi.
Tachsky wybrał wąwóz. Marines schodzili po zboczu, częściowo zjeżdżając, częściowo wspinając się, wspierając dwóch chorych. Dotarli na dół o 13:33. Japońscy żołnierze pojawili się na grzbiecie nad nimi 60 sekund później. Japończycy otworzyli ogień z wysokich pozycji, strzelając w dół wąwozu. Kule rykoszetowały od skał. Jeden marine został trafiony w nogę. Inny został odłamkiem granatu, który eksplodował na dnie wąwozu. Marines odpowiedzieli ogniem, kontynuując ruch, wykorzystując głazy i roślinność jako osłonę.
Wąwóz skierował ich w jednym kierunku, eliminując możliwości taktyczne. Mogli jedynie iść naprzód i mieć nadzieję na dotarcie do przeciwległego końca, zanim Japończycy zejdą i zaatakują ich z bliskiej odległości. O 13:38 zauważyli problem. Wąwóz kończył się kanionem. Wyjścia nie było. Marines zostali uwięzieni. Japońscy żołnierze zaczęli schodzić do wąwozu z wielu miejsc, okrążając uwięzionych Amerykanów. Tachsky naliczył co najmniej 40 widocznych żołnierzy wroga, a kolejni przybywali z każdą minutą.
Jego 11 marines miało łącznie około 200 sztuk amunicji. Dwóch chorych marines nie było w stanie skutecznie walczyć. Pozostało dziewięciu sprawnych ludzi przeciwko szybko rosnącej sile. Wsparcie artyleryjskie było niemożliwe, ponieważ marines znajdowali się zbyt blisko pozycji japońskich. Nalotów nie można było wezwać bez ryzyka trafienia w siły własne. Czterdziestu rozbójników było zdanych na siebie. Tachsky zauważył coś, czego Japończycy nie zauważyli. Tylna ściana kanionu nie była litą skałą.
Roślinność rosnąca u podstawy skały sugerowała przesiąkanie wody, co oznaczało pęknięcie lub szczelinę w skale. Wysłał dwóch marines, aby zbadali sprawę, podczas gdy reszta zespołu zajęła pozycje obronne. Dwaj marines wrócili o 13:44. Za roślinnością znajdował się wąski otwór, ledwo wystarczający, by przecisnąć się przez niego człowiek. Za nim szczelina rozszerzała się w przejście, które zdawało się prowadzić w górę przez skałę. Marines zaczęli przechodzić przez otwór pojedynczo, przepychając najpierw dwóch chorych.
Przejście było na tyle ciasne, że mężczyźni musieli zdjąć plecaki i ciągnąć je za sobą. Wewnątrz panowała całkowita ciemność. Poruszali się na dotyk, podążając za żołnierzem piechoty morskiej. Przejście pięło się stromo w górę przez litą skałę. Za nimi słyszeli japońskich żołnierzy wchodzących do kanionu, nawołujących się nawzajem, szukając Amerykanów, którzy najwyraźniej zniknęli. Przejście pojawiło się po przeciwnej stronie grzbietu o 14:07, 400 jardów od miejsca, w którym weszli.
Marines znaleźli się za liniami japońskimi, ale wróg skupił się na przeszukiwaniu wąwozu poniżej. Szybko ruszyli w kierunku pozycji marines, pokonując ostatnie 600 jardów w 8 minut. Zbliżyli się do sojuszniczych linii, używając odpowiednich sygnałów rozpoznawczych, i przekroczyli terytorium okupowane przez Amerykanów o 14:23. Wszystkich 11 marines dotarło w bezpieczne miejsce. Dwóch chorych zostało natychmiast ewakuowanych do punktów medycznych. W ten sposób liczba odnalezionych marines wzrosła do 34. Osiem osób nadal pozostawało zaginionych. W miarę upływu dnia odnaleziono kolejnych trzech żywych, którym udało się uniknąć schwytania i samodzielnie dotrzeć do linii marines.
Nacierające jednostki piechoty morskiej odkryły dwa kolejne ciała. W rezultacie trzech marines wciąż pozostawało zaginionych do zmroku 16 czerwca. Oficjalnie zostali oni uznani za zaginionych w akcji. 40 rozbójników straciło co najmniej sześciu zabitych ludzi w ciągu pierwszych 48 godzin na Saipanie. Kolejnych trzech zaginęło i uznano za zmarłych. Stanowiło to 22% ofiar. Pomimo strat, pluton wypełnił swoją misję. Zidentyfikowali ponad 200 pozycji japońskich, otrzymali współrzędne, które zniszczyły dziesiątki wrogich fortyfikacji, uniemożliwili czołgowi dotarcie do stanowiska dowodzenia pułku i dostarczyli kluczowych informacji wywiadowczych o ruchach wroga.
Pułkownik Rizley wysłał wiadomość do Tachsky’ego. O godzinie 18:00 40 złodziei miało jedną noc na odpoczynek, uzupełnienie zapasów i uzupełnienie zapasów. O świcie 17 czerwca mieli wrócić do dżungli. Tym razem ich misja zaprowadziła ich jeszcze głębiej za linie wroga. Japoński garnizon na Saipanie nadal liczył około 29 000 żołnierzy. 40 złodziei liczyło teraz 37 ludzi. O godzinie 5:30 17 czerwca 40 złodziei opuściło linie piechoty morskiej w całkowitej ciemności. Ich celem był system grzbietów położony 3 mile w głąb lądu, w którym, według wywiadu piechoty morskiej, znajdowały się stanowiska japońskiej artylerii.
Działa te ostrzeliwały amerykańskie pozycje nieprzerwanie przez 2 dni, zabijając dziesiątki marines i zakłócając dostawy. Zwiad powietrzny nie mógł zlokalizować dział, ponieważ Japończycy zakamuflowali je w jaskiniach. Udało się to jedynie dzięki rozpoznaniu naziemnemu. Misja wymagała od 40 złodziei penetracji głębiej za liniami wroga, niż jakakolwiek inna jednostka amerykańska dotarła do Saipanu. Pluton poruszał się w całkowitej ciszy, używając sygnałów ręcznych do komunikacji. Pierwszą milę pokonali w 47 minut, nie napotykając japońskich patroli.
Druga mila zajęła im więcej czasu, ponieważ teren stawał się coraz trudniejszy. Strome zbocza, gęsta roślinność i kamieniste podłoże spowalniały ich marsz. Dotarli do docelowego systemu grzbietów o godzinie 8:15 i rozpoczęli systematyczny rekonesans. Grzbiet rozciągał się na około 3 km i wznosił się 180 metrów ponad otaczającą go dżunglę. Japońskie pozycje były wszędzie. Tachsky naliczył osiem wejść do jaskiń, wystarczająco dużych, by ukryć działa artyleryjskie. Jaskinie były połączone tunelami, które pozwalały Japończykom przenosić działa między pozycjami, oddawać kilka strzałów, a następnie zmieniać pozycje, zanim Amerykanie mogli odpowiedzieć ogniem kontrwywiadowczym.
To wyjaśniało, dlaczego artyleria piechoty morskiej nie zdołała zniszczyć wrogich dział. Ostrzeliwali pozycje, które Japończycy już opuścili. Znalezienie dział stanowiło jedynie część misji. 40 Thieves musiało również zmapować system tuneli, aby jednostki szturmowe piechoty morskiej wiedziały, jak zaatakować po dotarciu na ten obszar. Zmapowanie tuneli wymagało wejścia do nich. O godzinie 9:40 kapral Rosco Mullins i szeregowy Strombo zgłosili się na ochotnika do penetracji systemu jaskiń, podczas gdy reszta plutonu zapewniała ochronę na zewnątrz.
Dwóch marines weszło do największego otworu jaskini i poruszało się w ciemności, używając małych latarek osłoniętych, aby światło nie było widoczne z odległości większej niż kilka stóp. Jaskinia sięgała 60 metrów w głąb grzbietu, a następnie rozgałęziała się na liczne korytarze. Słyszeli japońskie głosy dochodzące z głębszych partii jaskini. Z sufitu kapała woda. W powietrzu unosił się zapach prochu i ludzkich odchodów. O godzinie 01:12 znaleźli pierwsze działo – haubicę typu 91 kal. 105 mm, umieszczoną 9 metrów w bocznym korytarzu, z amunicją przechowywaną we wnękach wykutych w skalnych ścianach.
Obsługa działa była nieobecna, prawdopodobnie spała w innej części systemu jaskiń. Mullins i Strombo zaznaczyli to miejsce na mapie i kontynuowali eksplorację. W ciągu następnych 40 minut odkryli dwa kolejne działa, a także stanowisko dowodzenia, magazyn amunicji mieszczący około 2000 naboi oraz miejsca noclegowe dla co najmniej 60 żołnierzy. System tuneli był znacznie bardziej rozległy, niż szacował wywiad. O 11:03 usłyszeli zbliżających się japońskich żołnierzy. Mullins i Strobo mieli około 15 sekund na znalezienie kryjówki, zanim zostali wykryci.
Wcisnęli się do małej wnęki i pozostali bez ruchu, gdy kilkunastu wrogich żołnierzy przeszło obok, rozmawiając po japońsku. Żołnierze przeszli w odległości 90 cm, nie zauważając Amerykanów. Gdy patrol ruszył dalej, dwaj marines postanowili opuścić system jaskiń. Zgromadzili wystarczająco dużo informacji wywiadowczych. Dłuższe pozostanie groziło schwytaniem lub wykryciem. Wyszli o 11:27 i dołączyli do plutonu. Tachsky przyjrzał się ich mapie. System tuneli łączył wszystkie osiem wejść do jaskiń i zawierał co najmniej sześć dział artyleryjskich, a może więcej.
Standardowa taktyka szturmowa piechoty morskiej zawiodłaby w tej pozycji. Piechota nie mogła szturmować jaskiń, ponieważ karabiny maszynowe kryły każde wejście. Ostrzał artyleryjski byłby nieskuteczny, ponieważ jaskinie były zbyt głębokie. Jedynym rozwiązaniem było zamurowanie wejść, uwięzienie Japończyków w środku, a następnie systematyczne niszczenie każdej zamkniętej pozycji za pomocą materiałów wybuchowych. Wymagało to jednak użycia saperów morskich z materiałami wybuchowymi, a jednostki te były jeszcze oddalone o kilka dni od dotarcia do tego obszaru. O godzinie 12:15 pluton ruszył w kierunku celu drugorzędnego, miasta Gapan, stolicy administracyjnej Saipanu sprzed wojny.
Wywiad marynarki wojennej chciał się dowiedzieć, czy siły japońskie bronią miasta, czy też wycofały się na bardziej defensywne pozycje w głąb lądu. Dotarcie do Garapan wymagało przekroczenia czterech mil terytorium kontrolowanego przez wroga w biały dzień, ale 40 rozbójników z powodzeniem działało niezauważonych przez ponad 30 godzin. Taczski uważał, że mogą wykonać jeszcze jedną misję rozpoznawczą przed wycofaniem się na linie morskie. Zbliżyli się do Garapan od wschodu o godzinie 15:40. Miasto zostało intensywnie zbombardowane przez amerykańskie samoloty i ostrzelane przez artylerię okrętową.
Większość budynków została zniszczona lub uszkodzona, ale 40 złodziei widziało japońskich żołnierzy przemieszczających się przez ruiny, co wskazywało na obecność wroga. Taczski potrzebował dokładniejszego rozpoznania, aby określić siły i pozycje wroga. O godzinie 16:05 podjął decyzję, która przeszła do legendy w historii Korpusu Piechoty Morskiej. Pięciu marines miało wkroczyć do Garapan w biały dzień, przeprowadzić rozpoznanie i wrócić z informacjami wywiadowczymi. Misja była praktycznie samobójcza, ale jednocześnie była dokładnie takim rodzajem operacji, do której 40 złodziei zostało powołanych.
Tachsky wyznaczył czterech marines do rozpoznania Gapan: Strombo Mullinsa, kaprala Iraziego i szeregową Dawn Evans. W sumie pięciu ludzi, wliczając jego samego. Zdjęli cały sprzęt, który mógłby hałasować, manierki, dodatkową amunicję i granaty. Mieli przy sobie tylko karabiny, noże i broń krótką. O godzinie 16:23 ruszyli w kierunku wschodniego krańca Garapon. Ruiny zapewniały doskonałą osłonę, ale jednocześnie ukrywały japońskie pozycje. Każdy zniszczony budynek mógł ukryć wrogich żołnierzy. Każda sterta gruzu mogła być punktem obronnym. Wkroczyli do miasta o godzinie 16:41, poruszając się bocznymi uliczkami i pozostając w cieniu.
Japońscy żołnierze byli wszędzie. Marines naliczyli co najmniej 200 żołnierzy wroga widocznych w centrum miasta, a prawdopodobnie setki kolejnych w okolicznych budynkach. Japończycy nie bronili Gapon jako ufortyfikowanej pozycji. Używali jej jako bazy wypadowej do kontrataków na siły amerykańskie. To rozróżnienie było istotne. Dowódcy marines planujący atak na Gapon musieli wiedzieć, że napotkają mobilne jednostki wroga, a nie stałe umocnienia. O godzinie 17:08 Kazzy zauważył coś nieoczekiwanego. Pięć rowerów opartych o częściowo zniszczony budynek.
Japońskie rowery wojskowe, typ, którego oficerowie używali do transportu między pozycjami. Pomysł zrodził się natychmiast. Pięć rowerów, pięciu marines. Mogliby prowadzić rekonesans, przejeżdżając przez miasto niczym japońscy żołnierze przemieszczający się między pozycjami. W chaosie i zniszczeniu Gapon, pięciu mężczyzn na rowerach przyciągałoby mniej uwagi niż pięciu pieszych próbujących się ukryć. Plan był zuchwały i całkowicie naruszał standardowe procedury rozpoznawcze. Tachsky natychmiast go zatwierdził. Marines wsiedli na rowery i rozpoczęli przemarsz przez Gapon o godzinie 17:15.
Poruszali się swobodnie, nie próbując się ukryć, zaledwie pięciu żołnierzy na rowerach przemierzało ruiny. Japońscy żołnierze ich ignorowali. Niektórzy machali, inni krzyczeli pozdrowienia po japońsku, których marines nie rozumieli, ale potwierdzali gestami. Przez 43 minuty 40 złodziei przejeżdżało przez stolicę wroga, mapując pozycje, licząc żołnierzy i identyfikując składy zaopatrzenia. Przechodzili kilka metrów od japońskich oficerów, którzy nie podejrzewali, że Amerykanie jadący na rowerach to wrogowie zwiadowcy. O godzinie 17:58 zakończyli okrążenie przez Gautapon i opuścili miasto, kierując się na północ.
Kontynuowali jazdę na rowerach przez kolejną milę, po czym porzucili je i wrócili w dżunglę. Rozpoznanie dostarczyło szczegółowych informacji o rozmieszczeniu wroga w Gautapon. Dowódcy piechoty morskiej wiedzieli teraz dokładnie, gdzie skoncentrowane są siły japońskie, gdy ostatecznie zaatakują miasto. 40 złodziei dotarło do linii piechoty morskiej o godzinie 19:32. Byli za liniami wroga od 14 godzin i wdarli się głębiej na terytorium Japonii niż jakakolwiek inna jednostka amerykańska. Przez kolejne 3 tygodnie 40 złodziei kontynuowało podobne misje.
Mapowali pozycje wroga w głębi Saipanu, podawali współrzędne do ataków artyleryjskich, urządzali zasadzki na japońskie patrole i dostarczali informacje wywiadowcze, które uratowały życie niezliczonym marines. Byli świadkami japońskich okrucieństw. Cywile zmuszani byli do skakania z klifów, zamiast się poddać. Ranni marines byli wykorzystywani jako przynęta w zasadzkach. Więźniowie byli rozstrzeliwani. Pluton działał w małych zespołach, czasami przez wiele dni bez kontaktu z jednostkami marines. Cierpieli na malarię, dyzenterię, wyczerpanie cieplne i choroby tropikalne. Brakowało im żywności i kradli z japońskich składów zaopatrzenia.
Skończyła im się woda i pili z zanieczyszczonych strumieni. Do 9 lipca, kiedy Saipan został uznany za bezpieczny, 40 rabusiów straciło 12 zabitych i 9 rannych. Stanowiło to 56% strat, poniżej średniej 73% dla zwiadowczych oddziałów snajperskich, ale i tak było druzgocące. Ocaleni byli wyczerpani fizycznie i psychicznie. Większość straciła od 14 do 18 kilogramów. Kilku zachorowało na malarię. Wszyscy widzieli rzeczy, które miały ich prześladować do końca życia. Ale wypełnili swoją misję.
Dowódcy piechoty morskiej oszacowali, że działania rozpoznawcze 40 złodziei zmniejszyły ogólną liczbę ofiar wśród żołnierzy piechoty morskiej o co najmniej 15%, potencjalnie ratując życie 2000 osób. Pluton walczył o Tinian w lipcu 1944 roku, a następnie powrócił na Saipan, aby przeprowadzić operacje oczyszczające. Po wojnie większość członków plutonu zmagała się z tym, co później rozpoznano jako zespół stresu pourazowego. Wielu miało nawracające koszmary senne. Niektórzy sięgali po alkohol. Kilku nie było w stanie utrzymać pracy cywilnej ani relacji osobistych. Psychologiczny koszt ich służby nigdy nie został oficjalnie uznany ani leczony.
Frank Tachsky powrócił do cywila i został burmistrzem Sturgeon Bay w stanie Wisconsin. Nigdy nie mówił o wojnie. Jego syn, Joseph, dowiedział się o 40 Złodziejach dopiero po odnalezieniu skrytki na nogę ojca po jego śmierci w 2011 roku. Historia plutonu, który zmienił taktykę Korpusu Piechoty Morskiej, pozostawała w dużej mierze nieznana przez 66 lat. Pluton snajperów zwiadowczych szóstego pułku piechoty morskiej był jedną z pierwszych elitarnych jednostek operacji specjalnych w historii amerykańskiej armii. Ich taktyka głębokiego rozpoznania, cichego zabijania i samodzielnych operacji za liniami wroga wpłynęła na rozwój nowoczesnych jednostek sił specjalnych, w tym Navy SEALs i rozpoznania sił piechoty morskiej.
Udowodnili, że małe, dobrze wyszkolone jednostki potrafią wykonywać misje, których nie były w stanie wykonać całe bataliony. 40 mężczyzn zwerbowanych z Briggs and Punishment Details stało się jedną z najskuteczniejszych jednostek bojowych w wojnie na Pacyfiku. Marines, którzy nazywali ich przestępcami, mylili się. Byli wojownikami. Jeśli historia porucznika Tachsky’ego Cię poruszyła, kliknij „Lubię to”. Dzięki temu YouTube może pokazać te zapomniane historie większej liczbie osób, które chcą je usłyszeć. Subskrybuj i włącz powiadomienia. Codziennie publikujemy nowe, nieopowiedziane historie i nie chcesz ich przegapić.
Zostaw komentarz już teraz i powiedz nam, skąd oglądasz. Czy jesteś ze Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Kanady, Australii, czy innego miejsca? Nasza społeczność rozciąga się na cały świat. Pomagasz nam podtrzymywać te wspomnienia przy życiu. Powiedz nam w komentarzach, czy któryś z Twoich krewnych służył w II wojnie światowej, zwłaszcza na Pacyfiku? Dziękujemy za oglądanie. Frank Tachsky i jego 40 złodziei zasługują na pamięć. Ci ludzie poświęcili wszystko, aby przyszłe pokolenia mogły żyć w wolności.




